Banalne opinie na temat tych esprytów, a może najbardziej banalna to Gris Dior. Wydawało się to dziwnym wyborem, biorąc pod uwagę, że w tej kolekcji znajdują się Rouge Trafalgar i Oud Ispahan, przesyt różanych perfum, ale cóż! Dżemowy, owocowy, pełen nut głowy, to wszystko, czego nie pamiętam, aby Gris Dior miał w swojej wersji edp. Podobało mi się, ale nic szczególnie poruszającego dla mnie.
Skankowaty pyłek. Unikalna i urocza fotorealistyczna, puszysta kwiatowa łąka z nutą soli i dużą ilością żółtego, mglistego pyłku.
Nie jestem zbyt entuzjastycznie nastawiony do otwarcia, które pachnie bosko, ale jak boski olejek pomarańczowy, a nie jak perfumy. Ale potem przechodzi w wspaniałą pomarańczarnię, jaśminową, kremową ambra. Cudownie! 0 figi, 0 herbaty, nawiasem mówiąc.
Balsamiczny i drzewny, otula zieloną kremowością, która jest jednocześnie wyrafinowana i pocieszająca. Bardzo naturalny, długotrwały, ale nie obezwładniający, charakterystyczny kandydat
Dzięki Relique d'Amour Orizy Legrand doświadczyłem jednego z moich ulubionych aspektów bycia pisarzem: napotykania nieoczekiwanych połączeń i zaskakujących synchronizacji w odniesieniu do rzeczy, którą próbuję napisać. Jeśli, powiedzmy, przygotowuję recenzję książki i zdarzy mi się obejrzeć film o podobnej tematyce. Albo jeśli składam esej w całość i słyszę nową piosenkę, która odbija się echem w moim wewnętrznym monologu. Jako osoba, dla której przekładanie pomysłów na słowa jest tak istotnym aspektem mojej tożsamości, te skrawki magii z wszechświata są dla mnie tak wyjątkowe. W każdym razie odkopałem próbkę Relique d'Amour Orizy Legrand zza półki z książkami i podczas rozważania jej tajemnic natknąłem się na artykuł redakcyjny Vogue Hong Kong z marca 2022 roku z pięknym klimatem Joanny d'Arc, a te zdjęcia są idealnym wizualnym odzwierciedleniem tego zapachu. Relique d'Amour to wzniosłe, prześwitujące kadzidło, cząsteczki duchów cytrynowo-drzewnej mirry, zachowane w relikwiarzu z gorzkiego, kruchego kwarcu. Bladobiała lilia niemożliwie wynurza się z krystalicznej głębi, a jej delikatna, zroszona przyprawa niesamowicie kontrastuje z ziemistym, dębowym mchem, który wyściela jej podstawę. To zapach przywołujący wizje boskości, niewysłowionego ukojenia wiary i świadomości, że nie musisz się bać. Jesteś do tego stworzony.
Rue St Honore od Ouai daje mi prawdziwie idylliczny wiosenny, owinięty glicynią cottagecore Crabtree & Evelyn Gunne Sax tradwife YouTube influencer wykorzystywany przez ich męża, faszyzującego podcastera z alt-right, ze względu na ich postrzeganą domowość, kobiecość i czystość. Czy to pole fiołków, stokrotek i piknikowych marzeń w gingham, czy też eskapistyczna pułapka nostalgii uzbrojona przez neonazistów? Może za dużo o tym myślę, ale jest coś w tym uroczym kwiatowo-ogrodowym zapachu, co wydaje mi się szalenie złe i głęboko niewygodne i sprawia, że rozpaczliwie swędzi mnie chęć zorganizowania dla kogoś interwencji.
Vanilla Vibes, miałeś jedno zadanie. Jak na zapach z wanilią w nazwie, szokująco brakuje jej w wykonaniu. Zamiast tego jest to nijaki zapach wodny, z kwaśnym, słonym aspektem morskim i najdelikatniejszym szeptem piaszczystego piżma. Nie lubię używać słowa "nudny", ponieważ jest to bardziej ocena niż opis, ale myślę, że w tym przypadku jest to całkowicie uzasadnione. Gdyby to była osoba, nie miałaby nawet twarzy. W rzeczywistości jest to ta sama osoba bez twarzy w 50-letnim kostiumie syreny w Weeki Watchee, ledwo zanurzona pod wodą i wykonująca okropną robotę zabawiania dzieci, a oni sami są tak znudzeni, że piszą SMS-y na swoich telefonach zamiast pływać, a jeśli przyjrzysz się uważnie, możesz zobaczyć ich palce u nóg wystające przez jedną z płetw. I wiesz co jeszcze? Nie pachną jak wanilia w
Kilka pierwszych razy, kiedy próbowałem Süleyman Le Magnifique od Fort & Manle, nie mogłem tego rozgryźć, ale z jakiegoś powodu dzisiaj jest inaczej. To beznamiętne, chłodne, drzewno-kwiatowe kadzidło. Ozdobna, wielowiekowa skrzynia z wypolerowanymi zdobieniami z kutego żelaza, niegdyś pełna rzadkich gatunków drewna, cennych kwiatów i świętych żywic, która z biegiem lat powoli się opróżniała. Jest to naczynie, które teraz przechowuje tylko najdelikatniejsze perfumowane wspomnienie swoich dawnych bogactw, obok gorzkiego, waniliowego zapachu samego starego pojemnika i cienkiego skrawka pergaminu, fragmentu wiersza; nie o młodzieńczych szalonych sercach i gorączkowej miłości, ale trzeźwej obserwacji od kogoś, kto był w okolicy i widział kilka rzeczy - i ma coś do powiedzenia na ten temat. Być może w duchu tych wersów z Tablic Safony:
Śmierć jest złem. Tak muszą myśleć bogowie. Albo na pewno by umarli.
Süleyman Le Magnifique to zapach zebranej mądrości i doświadczeń - i utraty części siebie w procesie zbierania. Niektóre z tych utraconych części to nadzieja. Ale wiele z nich to strach. A jeśli chcesz dać bogom kawałek swojego umysłu, są to perfumy, po które powinieneś sięgnąć, zanim bez strachu wyrzucisz swoje żale.
Nie mam odwagi czytać innych recenzji Chanel no. 19, ponieważ jestem prawie pewien, że wszystko, co można o nim powiedzieć lub napisać, zostało już dogłębnie zbadane. Jest to przedsięwzięcie zarówno frustrujące, jak i onieśmielające. Ale potem muszę sobie przypomnieć, że nie muszę być ekspertem, guru, nie muszę mieć wykształcenia akademickiego ani lat nauki, aby dzielić się swoimi przemyśleniami na temat czegoś tak głęboko subiektywnego jak zapach. Nie musisz wiedzieć o czymś wszystkiego, by to pokochać. Nie zagłębiam się w historię zapachu, domu czy nosa, nie dekonstruuję nut i składników; absolutnie mnie to nie interesuje i szczerze mówiąc, można to znaleźć gdzie indziej. Staram się tylko powiedzieć, jak według mnie coś pachnie. Więc. Powiem, że uwielbiam ten zapach. Intensywnie ostry, wytrawny i zielony, z ziemistą, korzenną pudrowością irysa, cierpką zielonością galbanum i skórzastą trawiasto-drzewną wetywerią oraz tym kwaśnym metalicznym posmakiem i gorzkim musowaniem, które zawsze przypisuję starej biżuterii; nie jestem pewien, skąd to się bierze, ale wydaje się być znakiem rozpoznawczym tych klasycznych zapachów. I podważa tę wyrafinowaną elegancję punkowym funkiem, który podnosi ją do czegoś, co wydaje się ponadczasowe, a nie nieco sztywne. Cudem tego zapachu jest jego mroczna świetlistość, to, że jest jednocześnie surowy i boleśnie delikatny. Sprawia, że czuję głęboką nostalgię i melancholijną tęsknotę za czymś, czego nigdy nie było, za przeszłością, której nigdy nie przeżyłem.
Safanad od Parfums de Marly. O mój Boże. Nigdy, przenigdy wcześniej żaden zapach nie wywołał u mnie tak natychmiastowej reakcji "o rany, tak właśnie wyobrażam sobie, że pachnie ten-ten!". Safanad to bogaty, aksamitny bursztyn, emitujący bogactwo wzmocnione urzekającymi kwiatami pomarańczy i mocnym piżmem jaśminu, które zawsze wydaje mi się zarówno elegancko miłosne, jak i oferuje zwierzęcy erotyzm. Jest to zapach, który początkowo wydaje się dokuczliwie nachalny i niemal skandalicznie asertywny, ale im lepiej go poznajesz, tym bardziej doceniasz jego wystawną bujność i entuzjazm. I oczywiście wyobrażam sobie nikogo innego, jak ulubioną przez wszystkich ekstrawagancką i błyszczącą kosmiczną ciotkę, Lwaxanę Troi: córkę Piątego Domu, posiadaczkę Świętego Kielicha Rixx i spadkobierczynię Świętych Pierścieni Betazed. I podobnie jak ta postać, Safanad początkowo wydaje się zbyt wiele, niemal dusząc się w swoim szalonym blasku, ale pod jej wspaniałością kryje się głęboko tkana nić melancholii, na pewien czas przesłonięta przez bardziej hipnotyzującą fasadę kwiatu pomarańczy, ale w rzeczywistości maskuje kilka naprawdę ponurych, smutnych aspektów. Zarówno Safanad, jak i nasza ukochana betazoidalna międzygalaktyczna trenerka życia Lwaxana są złożone, przekonujące i na wskroś piękne
Basilica od Milano Fragranze to upiorny zapach, który flirtuje z jedzeniem, ale nigdy się tam nie pojawia. To upiorne ziemiste piżmo (ale myśl raczej o cmentarzach niż ogrodach), kremowy cedr i mleczne lasy waniliowe oraz tajemnicze żywice bursztynowo-mirrowe, zarówno ciepłe, jak i chłodne, otulające i odległe. To tak, jakby zrzędliwy mnich-duch z rozpadającego się, nawiedzonego klasztoru opuścił wielowiekowe ruiny i złożył wizytę na słodko tętniącej życiem lokalnej wyprzedaży wypieków
Tempo wyczarowuje atmosferę żałosnej elegancji, mrocznego lasu paczuli i ciemnej gliny, z upiornym metalicznym chłodem i ziołowym dreszczem czegoś zielonego i dziwnego, gotującego się pod spodem. Niesie ze sobą niepokojącą ciężkość, kształt uczucia, którego nie da się wyrazić; jakby trzeba było wejść z kimś do łóżka i powiedzieć mu, że nie żyje. Przypomina mi to również ten fragment z "The Haunting of Hill House" Shirley Jackson: "Żaden żywy organizm nie może długo istnieć zdrowo w warunkach absolutnej rzeczywistości; nawet skowronki i katydidy mają, według niektórych, śnić. Hill House, nie zdrowy, stał sam na wzgórzach, trzymając w sobie ciemność... i cokolwiek tam chodziło, chodziło samotnie". Jest to paczula, która przemierzała długie cienie Hill House, zagubiła się w gęstych, niewypowiedzianych tajemnicach jego osławionych korytarzy i cierpiała z powodu swojej szalonej twarzy w rosnącej ciemności. To pokręcona, nawiedzona paczula, która widziała trochę gówna, ale wszystkie krawędzie tego niepokojącego terroru zostały zatarte przez pełzający mech, osiadający kurz i miękkość czasu i pamięci, nierzeczywistości i snu
Under My Skin to wydobycie piżma z cienia; to wciągający i hipnotyczny portal, w którym czujesz, jak powoli wślizgujesz się w głębiny pozbawionego światła basenu pachnącego skórą, drzewem sandałowym i irysem i - to może być tylko skojarzenie mojego mózgu z nazwą perfum i filmem o podobnym tytule - jest to węchowa interpretacja niesamowitej minimalistycznej ścieżki smyczkowej, która nadaje strach i tajemnicę metodom obcej kusicielki, aby zwabić i schwytać swoją zdobycz w Under the Skin.
Grimoire od Anatole LeBreton charakteryzuje się cytrynowo-balsamiczną słodyczą sugerującą lecznicze słodycze i tajemniczym pyłem przywołującym kruche pergaminy i rzadkie teksty, a wszystko to otoczone ostrą mgłą gorzkiego, karmelizowanego kminku oraz rozkładających się mchów i ziół. Zapach ten przywołuje na myśl XVII-wieczny obraz olejny przesiąknięty alchemiczną wiedzą i symboliką oraz starożytnymi tradycjami łączącymi naukę, filozofię, wiarę i artystycznego ducha: "Mroczny scenariusz rozwija się, gdy samotna woskowa świeca płonie głęboko w noc. Różne soczewki i pryzmaty załamują słaby blask migoczącego płomienia, aby niejasno oświetlić prymitywne, zaciemnione laboratorium, w którym dębowy stół, zakurzone kolby niepewnie wyważone, bulgoczą niepokojącą fosforescencją, a silniki destylacji chrzęszczą i brzęczą mętnie w pobliżu. Kruche zwoje i pożółkłe manuskrypty, ozdobione kolorowymi emblematami i tajemnymi symbolami nabazgranymi pośpiesznie na marginesach, są rozrzucone chaotycznie na brudnej podłodze, aby jeszcze bardziej zilustrować tę scenę ciekawych zjawisk chemicznych i naukowego chaosu. Słaby, pończochowaty mężczyzna w śmiesznej czapce na przemian z zadumą pochyla się nad masywnymi tomami lub być może pompuje mały miech, aby zachęcić do ponurego, dymiącego ognia, podczas gdy zagubiony w analitycznej zadumie". Tak, tak właśnie pachnie Grimoire. Tak, właśnie zacytowałem fragment The Art of the Occult, książki, którą napisałem. Czy wspominanie o tym jest tandetne? Być może. Czy jest to istotne? Jak najbardziej!
Sycomore to pachnący chór chłodnych jesiennych liści, bogatej, omszałej gleby, miękkiego dymu i wilgotnej zieleni. Wszystkie najlepsze zapachy leśnej wędrówki pod koniec października z obietnicą zimy słyszaną w szepcie trzepotania migrującego wróbla. Ale! Wędrowiec na tej ścieżce jest ubrany w kosztowną elegancję, skórzaną torbę Prady, jedwabny szal Hermèsa, kultowy płaszcz w kratę Burberry. To zapach leśnego elfa, który stał się eleganckim towarzyszem; Galadriel, która opuściła las i teraz mieszka w apartamencie na Upper East Side
Słona woda i błyszcząca skóra oraz dwa skaliste kamienie ocierające się o siebie w niejasny sposób na przestrzeni tysiąca lat; na przemian mashup fanartów Aquaman x Tom of Finland interpretowany jako tytuł Chucka Tingle'a.
To prawdopodobnie mój ulubiony zapach na świecie - jest surowy i medytacyjny i przywodzi na myśl mroczną modlitwę w chłodnej, zacienionej leśnej świątyni.
Mam ciekawy moment z Bee z Ellis Brooklyn. Co oznacza, że jej nie nienawidzę. Ale zdecydowanie mi się nie podoba. To dziwne, bo zazwyczaj nie przepadam za zapachami gourmand. Chcę pachnieć jak omszała wiedźma bagienna lub bioluminescencyjna flora na obcej planecie, lub cętkowana pergaminowa poezja napisana przez zakochanego introligatora. A miód jest tak dziwną nutą, z jego aromatami zarówno atrakcyjnymi, jak i odpychającymi, tą ambrową złotą syropowatą nutą kwiatową, która ostatecznie zmienia się w ostry zapach brudnego zdziczałego kwiatu pisuaru w szczycie sierpnia. Bee nie jest super realistycznym miodem, co jest dla mnie w porządku, i tak nie chcę realizmu w moich perfumach. Bee to kwiatowo-pudrowa wanilia i drzewo sandałowe, obficie posypane odwodnionym miodem gryczanym i pyłkiem koniczyny, z warstwą ciemnego, balsamicznego, bogatego, drzewnego posmaku, który nie jest do końca rumem i w ogóle, i zajęło mi to kilka dni, ale udało mi się to rozgryźć. W sercu Bee wyczarował słodkie, pełne ciepło i niejasno owocowe nuty tytoniu z gorącej filiżanki herbaty rooibos. Nieczęsto chcę tak pachnieć, a nawet nie lubię herbaty rooibos, więc chociaż nie jest najgorszy, zdecydowanie nie jest dla mnie.
(Ta recenzja dotyczy oryginalnej formuły, flakonu zakupionego w 2015 r.) Bat to niezaprzeczalnie najdziwniejsze, najbardziej cudownie unikalne perfumy, jakie kiedykolwiek poczujesz. Otwierając się niemal przytłaczającą nutą wilgotnej, pierwotnej ziemi, zarówno roślinnej, jak i mineralnej, natychmiast wyczarowuje atramentowe jaskinie i czarne jak smoła, wilgotne wapienne jaskinie. Zapach przechodzi następnie w coś, co mogę opisać jedynie jako "nocne powietrze i aksamitną ciemność"; nie potrafię powiedzieć, jak to zrobiła, wiem tylko, że jest to esencja rozległego, umiarkowanego nieba o północy, świecącego księżyca wysoko nad głową. W tym momencie staje się czymś zupełnie innym i - całkiem możliwe - jeszcze piękniejszym. Miękkie owoce, delikatne piżmo i żywice leżą w sercu tego enigmatycznego zapachu i łączą się, tworząc zapach, który lekko krąży wokół użytkownika, aby zaskoczyć go tajemniczą słodyczą w najbardziej zaskakujących momentach. Według dr Covey, która spędziła wiele czasu na badaniach i studiowaniu nietoperzy, dzięki tej jakości zapachowi udało się całkiem dobrze zrobić to, co sobie wyobrażała
ELdO's Spice Must Flow to mniej kosmiczna przyprawa Franka Herberta, a bardziej hybryda członków angielskiej grupy popowej Posh Spice i Ginger Spice z końca lat 90-tych. To samotna, bujna róża, chłodna i pachnąca, tajemniczo kwitnąca na suchych, gorących piaskach, gdzie przetrwają tylko najbardziej kłujące, ostre i pieprzne przyprawy. Nie wydaje mi się, żeby w nutach były wymienione cytrusy, ale przy pierwszym spryskaniu wyczuwalny jest łagodny, kwaśny posmak, który daje wrażenie jasności, oraz piękna kadzidlana nuta kardamonu przy wysychaniu, która nadaje cienistą równowagę. Właściwie nazwałbym go raczej różą dla ludzi, którzy uważają, że nie lubią róż, niż bramą do Arrakis dla mieszkańców Spice World. Zaraz... o czym my mówiliśmy?
Od jakiegoś czasu chciałem wypróbować Paloma Picasso i z przyjemnością stwierdzam, że jest to to, czego się spodziewałem, ale chyba najlepsza wersja tych oczekiwań. Jest to rodzaj balsamicznego szypru - brudny kwiatowy jaśmin i ylang-ylang, obok goździków, balsamicznych przypraw i gorzkiej ziołowej kolendry i dzięgla, rozjaśniony kwaśną, musującą cytryną i aksamitnymi mchami pełzającymi po nastrojowym, sfermentowanym bursztynie i ostrym drzewnym wetiwerze. Ma retro-futurystyczny klimat, jakby został stworzony przez jakiegoś wizjonera vintage. Gdybym miał uosabiać te perfumy, porównałbym je do niesamowitego, wrażliwego wyrafinowania Seana Younga jako Rachael w oryginalnym filmie Bladerunner.
To zapach deszczu obijającego się o chodniki, zamieniającego wczesnym wieczorem ulice w labirynt śliskiej, zastygłej zieleni. Martwe liście, gałązki i inne bezimienne szczątki kołyszą się w nurcie i zatykają rynny, a ich rozkład dodaje mdłej słodyczy do i tak już uciążliwego powietrza, zapachu rzeczy zarówno rosnących, jak i gnijących. Późna letnia ulewa, która wpełza pod skórę, pozostawiając chłód nawet w parnym upale. Kanał burzowy jest otwarty, jego paszcza wyłożona jest szlamem i mchem. Tam na dole, w dławiącej zielonej głębi, coś się zmienia. Dźwięk, nie do końca chichot, nie do końca szelest, odbija się echem od czerni, a głos, gładki jak deszcz na kamieniu, ślizga się miękko. Słodki bulgot dziecka, wypaczony i przekształcony w coś potwornego. "Wszyscy się tu unosimy", powtarza, obietnica zarówno przerażająca, jak i dziwnie pociągająca. "Czy ty też nie chciałbyś się unosić?". Nuit de Bakelite to cuchnąca obietnica wyszeptana przez potwora w ciemności, zapach strachu, który na zawsze pozostaje w gardle. Entuzjaści perfum x fani horrorów: jeśli wiesz, to wiesz. Nie ma słów na to, jak bardzo kocham ten zapach.
W końcu próbuję Frederic Malle En Passant i trochę wstyd mi przyznać, że choć zachwycam się zapachami od co najmniej 20 lat, to jest to pierwszy raz, kiedy go wącham. Wierzę, że ma to być jakiś współczesny klasyk, więc lepiej później niż wcale.
Z nutami bzu, ogórka, cedru i białego piżma, wciąż próbuję wyrazić słowami, jakie to piękne dzieło. Wszystko, co mogę powiedzieć, to że przypomina mgliste wspomnienie z dzieciństwa delikatnego, mglistego wiosennego dnia, chłodne pasma mgły unoszące się, gdy słońce przesuwa się przez chmury i ogrzewa skórę... ale to nie do końca prawda.
Jako dziecko nie znałbym języka, który byłby w stanie opisać upiorne poczucie nostalgicznej melancholii, jakie wywołuje En Passant. To bardziej jak patrzenie na źródło tego wspomnienia przez zamgloną szybę jako dorosły, teraźniejszość, która rozwija się z chwili na chwilę i staje się wspomnieniem tak szybko, jak rozwija się chwila. I świadomość, jak ulotne jest to wszystko. Smutek z powodu upływającego czasu i radość z powodu dziecka, które jeszcze tego nie czuje. To wszystko. To wszystko.
Philoskyos od Diptyque to zapach, którego nie używam zbyt często, ponieważ nie jestem do końca pewien, co o nim myśleć... i nie wiem też, jak go wymówić. Ma to być perfumowana oda do drzewa figowego w całości, drewna, liści i owoców, ale żeby być przejrzystym, nigdy nie jadłem świeżej figi, a co gorsza, czasami mylę suszone figi z suszonymi daktylami, więc już jestem zagubiony. To, czego doświadczam w tym zapachu, to mleczny sok ze złamanej gałązki i zapach wiosennej zieleni, wilgotnej od porannego deszczu. Mimo to nadal wydaje się suchy i spodziewałbym się, że będzie również świeży i lekki, ale w jakiś sposób jest dziwnie stęchły. Używam go w dni, kiedy wiem, że mam dużo do przemyślenia, aby przypomnieć sobie, że dobrze jest nie wiedzieć wszystkiego i być może nigdy nie dojść do konkluzji.