Powiem szczerze, że jestem zaskoczony, że ten zapach naprawdę mi się podoba. Nie ma o nim zbyt wiele do powiedzenia. Jest to zapach skóry pianki marshmallow, coś w rodzaju unoszącej się w powietrzu wanilii, lekki magiczno-realistyczny, codzienno-fabularny, cytatowo-bajkowy zapach... z nieuchwytną nutą kwaśnej gruszki z puszki. To dziwny element, który pojawia się bardzo rzadko, ale nie mogę udawać, że go nie wyczułem.
Zakurzona wanilia, pudrowa trawa sassafrass i drzewo sandałowe, miodowy likier amaretto i piżmowy jaśmin. Wspomnienia na wspomnieniach na wspomnieniach. Nosiłem ten zapach wyłącznie w połowie lat 20-tych, jest to zapach przepełniony złymi decyzjami i złośliwymi, jadowicie obraźliwymi relacjami, ale także obejmowaniem niesamowitych związków i rozpoczynaniem cudownych odkryć. Dla mnie Hypnotic Poison jest zapachem bardzo związanym z konkretną przestrzenią i czasem w moim życiu, i choć nie mogę obwiniać tego zapachu, cieszę się, że zostawiam go w przeszłości.
Ziołowe, zakurzone słodko-gorzkie, marzycielskie i drżące zielone piżmo. Smutki dziwnych kołysanek snutych delikatnym szeptem, bajki o kwitnących śniegiem drzewach, zrodzone z kości. Kruchy, tęskny, migoczący dzwonek. Ulotna rosa, blada mgła dryfująca nisko na łące, znikająca w pustym niebie. Melancholijna elegia na kaprys dzieciństwa. Wiersz na łożu śmierci o świcie.
Gris Charnel od BDK Parfums to zapach, który uważam za mylący i rozczarowujący. Przede wszystkim myślę, że jestem rozczarowany samym sobą, że nie przeczytałem inspiracji perfumiarza dla tego zapachu. Trochę bełkotu o dwójce turystów, których spojrzenia się krzyżują, tańczą do białego rana, a potem wymykają się na intymne spotkanie. Ziew. Znudziło mi się i wylogowałem się kilka razy, próbując to podsumować. Teraz, gdyby prześlizgnęli się przez portal do historii Edwarda Allana Poe, gdy kochali się w ciemnym zaułku, mógłbym wybaczyć sobie, że dałem się porwać ekscytującej kopii (i w mniejszym stopniu, mrocznie poetyckiej nazwie, która w jakiś sposób wmówiła mi, że jest czymś, czym nie jest). Musiałem być podekscytowany nutami, które wspominają o czarnej herbacie, figach i esencji kardamonu. Brzmi to naprawdę pięknie. Ale próbowałem tego kilka razy i nie wyczuwam nic z tej cudowności. Zamiast tego jest to trochę jak próbnik herbaty z niższej półki, który zawiera różne nieokreślone "smaki owocowe", ale w rzeczywistości, bez względu na to, który z nich zaparzysz, wszystkie smakują jak gorąca woda Kool-Aid. Do tego dochodzi dziwny, gryzący dym, który unosi się nieprzyjemnie, jak powietrze podgrzane węglem drzewnym... więc wyobraź sobie palenie gorącej wody Kool-Aid w sziszy. Nawet jeśli udawałbym, że palę tę fajkę w stylu gotyckiego poety z dawnych lat, to i tak jest to trochę niewypał.
Naprawdę nie mam słów na to, jak piękny jest ten zapach. Jest bogaty i luksusowy bez bycia ... dekadenckim ... lub ciężkim, ale zdecydowanie nie jest to również "lekki" zapach. Jest naprawdę odurzający. Pachnie jednocześnie obco i znajomo; może jeśli twoje wyobrażenie o "egzotyce" pochodzi z wystawnych ilustracji w wysłużonej książce z baśniami z odległej krainy. Na mnie jest to wyniosłe drzewo sandałowe, miodowe piżmo i płynna bursztynowa herbata, która sprawia, że czuję się jak królowa pustyni w dziwnej, zakurzonej opowieści.
W Musc Ravageur jest dziwna, ponura plastikowa nuta owinięta wokół ciemnej, zwierzęcej wanilii, która nie dba o to, co ktoś myśli i śmieje się z własnych żartów, a czasami śmieje się tak mocno, że trochę się zsika, i tak, faktycznie można wyczuć również ten aspekt Musc Ravageur, w postaci prawie sfermentowanej nuty bursztynu. Jest zarówno bogaty, jak i kwaśny w niecodzienny sposób, który graniczy z odrażającym... ale mimo wszystko nie jest to strasznie skomplikowany zapach. Myślę, że możemy uznać je za perfumy, które trudno poznać, ale łatwo pokochać. Czy odnoszę się do tego zapachu trochę zbyt głęboko? Można tak powiedzieć.
Dark Season to zapach dymnego lasu/bogatego, zakurzonego bursztynu, który pachnie dramatycznym tenebryzmem tych wszystkich starych, upiornych powieści gotyckich i zatęchłych XIX-wiecznych weird fiction, starożytnych krajobrazów i gliny, sadzy z sosnowych kłód, upiornego dymu i przesiewania śniegu na dziwnie oświetlonym polu, ponurej ochry, umbralnego bursztynu, gałęzie pokryte szronem drapiące ołowiane niebo, ślady stóp znikające w świeżo spadłym śniegu, skrzypienie wiatru gwiżdżącego wokół stojących kamieni, coś strasznego uwolnionego w ciemności, coś, co w końcu zanika, aż staje się niczym więcej niż niespokojnym uczuciem lub zimnym dreszczem w ciepły dzień.
Chasing Autumn ożywia jesień, za którą zawsze tęskniłem, żyjąc w niekończącym się lecie na Florydzie. To zapach, który oddaje nie tylko porę roku, ale także stan umysłu i stan bycia, którego nieustannie poszukuję. Przychodzi mi na myśl obraz Millaisa Jesienne liście - scena o zmierzchu, w której młode dziewczęta zbierają opadłe liście, a ich twarze dotknięte są melancholijną czcią dla zmieniającej się pory roku. Obraz przyciąga nasz wzrok do żywego stosu szeleszczących liści, a jedynie kłąb dymu wskazuje na odległe ognisko.
Ten zapach jednak śmiało wysuwa to ognisko na pierwszy plan. Nuty smoły jodłowej i brzozowej ożywają, przywołując trzaskające ciepło jesiennych nocy, które tylko sobie wyobrażałem. To tak, jakby Morris wziął to sugerowane ciepło z płótna Millaisa i uczynił je sercem tego zapachowego doświadczenia. Akordy skóry i kawy dodają głębi, przypominając przytulne wieczory w rodzaju tych, które czuję w poezji Emily Brontë.
"Jesień, liście, jesień" Emily Brontë odbija się echem, gdy noszę ten zapach. Jej słowa to nie tylko poezja, ale także inwokacja - pieśń, która zapowiada nadchodzącą zimę. Wiersz "Każdy liść mówi do mnie błogo, trzepocząc z jesiennego drzewa" sprawia wrażenie rzuconego zaklęcia, a ten zapach ucieleśnia tę mistyczną przemianę. Podczas gdy wiersz Brontë jest wezwaniem do nadchodzącego zimna, Chasing Autumn oddaje samą istotę tego wezwania.
Również ten zapach przywołuje atmosferę Over The Garden Wall, pozbawioną dziecinnych elementów (uwielbiam te elementy! Ale!) Przywołuje poczucie zagubienia w jesiennym innym świecie, w którym króluje tajemnica i melancholia. Zapach oddaje istotę wędrówki przez Nieznane, z jego subtelną groźbą i złowieszczą obecnością czającą się tuż pod powierzchnią opadłych liści i zacienionych lasów.
Chasing Autumn jest hołdem dla tych migoczących jesiennych płomieni, pozwalając mi zanurzyć się w jesiennym uczuciu, które istnieje bardziej w moim umyśle niż w mojej subtropikalnej rzeczywistości. To sensoryczna podróż do jesieni, za którą gonię rok po roku, nigdy do końca nie osiągając, ale zawsze o niej marząc - o porze roku zarówno pięknej, jak i nieco złowieszczej.
Naprawdę chciałem pokochać ten zapach; byłem tak zaintrygowany pomysłem. Ale w rzeczywistości pachnie jak kwaśne upomnienia i bierne palenie od zirytowanej matki, gdy masz na sobie zbyt dużo owocowo-kwiatowej wody toaletowej Ex'cla-ma'tion i kilka tłustych warstw waty cukrowej Lip Smackers przed wyruszeniem na pierwszy dzień gimnazjum około 1989 roku. Gdy wysycha, zapach zmienia się w coś, co niesamowicie przypomina zapomniane, wielodniowe espresso, które chlupocze na dnie różowego organizera Caboodles.
W Nitesurf Neroli, wiele sążni pod niebem i morzem, kandyzowana grota pulsuje krystaliczną słodyczą. Stalaktyty miodu z bitej pomarańczy kapią do świetlistych basenów; syreny wiją się w neonowej pianie, a ich głosy przeszywają odłamki światła. Przesycone kwiaty kwarcu rozpuszczają się w wilgoci i ciemności, a jasny imbir i pyłek cytryny lśnią we mgle. Skamieniałe muszle konch, małży i ślimaków morskich rozsypują się, a ich starożytne formy pokryte są cukrowymi klejnotami, łapiąc i załamując migoczący blask. Każda powierzchnia lśni sucharem kandyzowanego blasku, a czas rozpływa się w słonym piżmie w tym podwodnym dyskotekowym szaleństwie cukrowego nadmiaru, zapętlającym się bez końca, wiecznie elektrycznym. To jest słodycz, którą szepczą syreny, każda do każdej, pod falami.
For Rest otwiera się kadzidlano-cytrusową nutą, czymś w rodzaju cienistego yuzu - nie dymnego per se, ale jakby przyćmionego i migoczącego. Hinoki może czasem wydawać mi się nieco ostre, ale w połączeniu z gałką muszkatołową i pieprznym piżmem nadaje zapachowi jasnej, korzennej słodyczy. To jest naprawdę piękne. To zapach zbyt ziemisty i uziemiający, by nazwać go mistycznym czy tajemniczym, ale też zbyt interesujący, by uznać go za przytulny czy nawet przyziemny. Być może są to perfumy z pogranicza obu światów w tym sensie, że są w jakiś sposób głęboko znajome i zaskakująco sugestywne, zapach, który wprowadza w komfortową zadumę, nawet jeśli pozostawia długotrwałe poczucie zdumienia.
Forget Me Not to pikantny, musujący ziołowy zapach, bardzo zielony, niemal krokodyli w swojej zieloności. Krokodyl prześlizgujący się przez dzikie połacie mięty.
Gentle Night to zapach kwaśnej, wodno-morskiej piany mydlanej z nieprzyjemną nutą spleśniałego prania
Holy Terror rozwija się jak sen na jawie, pachnąca opowieść, która zaciera granicę między świadomością a snem, gdzie miodowe bogactwo świec z wosku pszczelego przeplata się z żywicznym kadzidłem. Gdy zapach osiada na skórze, kadzidło i mirra stapiają się z łagodnym ciepłem wosku pszczelego, a ich poszczególne nuty rozmywają się niczym tajemnice zapisane atramentem na wilgotnym pergaminie. Przez surowe żywice przeplata się złota bursztynowa żyła, przypominająca światło świec migoczące na tle starożytnych kamiennych ścian.
Im dłużej go nosisz, tym bardziej Holy Terror staje się zmysłową kołysanką. To zapachowy odpowiednik stanu senności tuż przed zaśnięciem, gdy słowa na stronie gotyckiej powieści zaczynają pływać, a wąsy kadzidła zdają się tworzyć kształty w powietrzu. Drzewo sandałowe zapewnia stabilne tło, niczym grzbiet starej książki, podczas gdy miodowe nuty kadzidła tańczą i wirują, stając się nie do odróżnienia od siebie.
W miarę jak zagłębiasz się w tę zapachową zadumę, odkrywasz, że wędrujesz zacienionymi korytarzami rozpadającego się zamku, gdzie portrety wydają się oddychać, a zbroje skrzypią niewidocznym ruchem. Powietrze o bursztynowym zabarwieniu niesie szepty starożytnych przepowiedni i dawno pogrzebanych tajemnic. Oczami wyobraźni widzisz dziewicę uciekającą przez oświetlone księżycem krużganki, której drżące palce pozostawiają ślady w kurzu wieków. Zapach Holy Terror otula cię niczym płaszcz cieni, jednocześnie pocieszający i tajemniczy, podobnie jak ukryte przejścia, które zarówno przerażają, jak i kuszą w tych starych opowieściach.
Zapach ten nie tyle przywołuje przerażające duchy opactwa, co łagodne duchy na wpół zapamiętanych historii, snów, które pozostają po przebudzeniu. Jest to zapach, który mógłbyś poczuć, gdybyś zasnął czytając przy świecach i obudził się, aby znaleźć dym z wygaszonego płomienia mieszający się z ostatnimi kadzidełkami, a wszystko to przesycone bursztynowym blaskiem wosku pszczelego.
Kiedy myślimy o zapachu bzu, często przychodzą nam na myśl słowa "delikatny" i "skromny". Amouage Lilac Love jednak... taki nie jest. Ten zapach to pachnący hołd dla większej niż życie, ekstrawaganckiej kobiecości i oldschoolowego glamour, wyczarowujący esencję bosonogiej madam Miss Mona, obracającej się w swoich boa z piór i jedwabnych peniuarach w Najlepszym małym burdelu w Teksasie. Słyszałem, że opisywano go jako kwiatowy gourmand, co wydaje się trafne, ale nie potrafię dokładnie określić, w jaki sposób. Jest w nim abstrakcyjne bogactwo i kremowość, które przywołują nieuchwytną dekadencję, a element kwiatowy również wydaje się nieco spekulatywny. Nie jest to bujny bukiet świeżo ściętych kwiatów, ale wystawny ideał ich zawirowania w aksamitnej tapecie w słabo oświetlonym buduarze. Pluszowe, pudrowe piżmo osiada na skórze, sznur pereł zebranych na miękkiej powierzchni rozgrzanej skóry. Luksusowy i mocny, w połączeniu z miodową kwiatową słodyczą, to zapach, który wydaje się rozkoszować własnym przepychem. Lilac Love to DUŻO. I każda jego część jest wspaniała.
Drogi duchów zbiegające się na cmentarzu, szepty zielonej postaci znikającej we mgle. Fantôme de Maules rozwija się jak tajemnica, leśne, widmowe piżmo, ciemnozielony zmierzch połyskujący przez gałęzie, unoszący się tuż nad skórą. Zieleń nie jest tu bujna ani żywa, ale surowa - zmierzch przefiltrowany przez sosnowe igły. Jest szept lawendy, bardziej ziołowy niż kwiatowy, i nuta suchej, cienistej przyprawy - kłujące podziemne pomruki z jakiegoś ukrytego miejsca. Przez mgłę wyłapuję strzępki omszałych kwiatów, których zapach jest nieuchwytny i ulotny, przesłonięty wszechobecną zasłoną chłodnej, zielonej mgły. Jest piękny, w melancholijny sposób, jak natknięcie się na opuszczone ruiny na zapomnianej polanie. Zapach niesie ze sobą ciężar izolacji, czasu ciągnącego się w nieskończoność przez ciche lasy, trawę i glinę sekretnych ścieżek wydeptanych przez samotne stopy. Słodko-gorzki ból wybranego odosobnienia, świata celowo pozostawionego za sobą. Mydlano-pudrowy aspekt sprawia wrażenie zanikającej pozostałości cywilizacji, wypłukanej przez lata leśnej samotności. To zapach, którego obecność definiuje nieobecność, tajemnica, której nie jestem pewien, czy chcę rozwikłać - czego brakuje i dlaczego ma to znaczenie.
L'Artisan Histoire d'Orangers to najczystszy kwiat pomarańczy. Gdyby można było wydestylować wszystkie słowa w każdym języku oznaczające "melancholię", uchwycić esencję ciężkiego czarnego eyelinera lub zabutelkować rezonans smutnego akordu molowego, podsumowałoby to te perfumy. To poezja opuszczonych gajów pomarańczowych o zmierzchu, których widmowe kwiaty są kadzidłem Saudade, Sehnsucht lub Mono no aware. Dla tych chwil, w których pragniesz otulić się drżącą wzniosłością smutku, rozkoszować się wykwintnym bólem bycia boleśnie żywym w świecie, który zawsze się wymyka. Zdaję sobie sprawę, że to największy, najbardziej banalny banał, jaki kiedykolwiek słyszałeś, ale jako goth z Florydy, pogrążony w wiecznych letnich mrokach, nie wiem, co jeszcze mogę ci powiedzieć.
Sarah Baker Loudo to zapach, który na mojej skórze wydaje się istnieć w dwóch odrębnych rzeczywistościach. Na jednym nadgarstku chodzi o komfort i nostalgię - stęchłe, kremowe mleko czekoladowe w proszku, które w jakiś sposób wciąż udaje się być absolutnie pyszne. To tak, jakby natknąć się na zapomnianą puszkę z tyłu szafki z dzieciństwa, której zapach otula cię słodyczą, która jest zarówno znajoma, jak i nieco dziwna. (Prawdopodobnie ze względu na aspekt podróży w czasie, aby go zdobyć.) Ale odwróć się do drugiego nadgarstka i nagle ziemia przesuwa się dziko pod twoimi stopami. Tutaj Loudo ujawnia swoją dziką stronę - ostrą i sfermentowaną, z ziemistą, skórzaną, pierwotną dziwnością i dymnym posmakiem, który chwyta za gardło. To tak, jakby sam czas zakwasił się i zmienił, przekształcając niewinne wspomnienia w coś trzewnego i niepohamowanego. Kontrast jest szokujący, a jednocześnie dziwnie pociągający. Wącham go kompulsywnie, próbując pogodzić te dwa aspekty Loudo. Czy jest to słodkie przypomnienie tego, kim byłem, czy też spojrzenie na dziwną bestię, jaką stała się moja przeszłość? Być może jest to jedno i drugie, zapachowe przypomnienie tego, jak nasze wspomnienia fermentują i mutują, pozostawiając nam coś ledwo rozpoznawalnego, ale niezaprzeczalnie będącego częścią nas.
Waniliowy promień księżyca przedziera się przez labirynt luster. Jedwabne pnącza jaśminu rozplatają się z negliżu księżyca, splatając się w welon, który otula śpiące miasta. Srebrzysta sieć łapie miękkie, blade fragmenty snów - na wpół zapamiętany pocałunek, dotyk chłodnego pustynnego powietrza, szelest niewidzialnych skrzydeł. Kropla płynnego światła spada przez warstwy rzeczywistości, święta girlanda łez i gwiezdnego pyłu kwitnącej nocy. Powolny upływ czasu w księżycowym krajobrazie, uchwycony w sennym, przydymionym, bursztynowym szkle.
W głębi zarośli soczyste, fioletowe kule otwierają się, rodząc rój gruchających, galaretowatych stworzeń, które rozmnażają się z alarmującą prędkością. Lepki nektar jagodowy kapie z sękatych gałęzi, przekształcając te świergoczące kąski w psotne chochliki, które przemykają przez zarośla, a ich liczba podwaja się z każdą złamaną gałązką. Starożytne drzewa jęczą pod ciężarem rosnącej hordy, ich drzewne westchnienia mieszają się z owocowym szaleństwem. Podłoże lasu pulsuje, żywy dywan roślinności, który drży i rozszerza się, wypuszczając więcej pachnących jagodami diabłów z każdym drżeniem. Każdy oddech wciąga powietrze gęste od frenetycznej, pachnącej energii, gdy te dżemowate juggernauty opanowują las, a ich słodka symfonia wzrasta do gorączki. Niegdyś spokojny gaj zamienia się w stale powiększający się labirynt jagodowego zamieszania, pozostawiając odwiedzających oszołomionych we mgle mnożących się aromatów i hałaśliwego, owocowego pandemonium.
Beelzebub wjeżdża na Bike Week, jego obecność to burza limonki i skóry. Starożytne skrzydła, pogniecione jak wysłużona kurtka, wyginają się, gdy chwyta chromowaną kierownicę, śliską od skroplonej margarity. Powietrze trzeszczy od elektryczności, mieszając cytrusy z piekielnym gorącem w mocnym koktajlu. Pod jego kołami ziemia wydaje z siebie głęboki, ziemisty jęk - mieszankę dymu i bezbożnej gleby, która mówi o rozległych, nikczemnych podziemnych królestwach. Na obrzeżach miasta podjeżdża do wszechobecnej kawiarni, a aromat sezonowej waniliowej latte przecina piekielną mgłę. Barista, niezrażony siarkowymi oparami, mruży oczy na ekranie zamówienia i pyta z wyćwiczoną wesołością: "Czy to dla Beelza, czy dla Bubu?". Władca Much przyjmuje swoją parującą filiżankę, a jego "dzięki, kochanie" wykrzykuje głosem, który jest po części marzeniami wędkarza, a po części echolokacją chiropterana. Z ostatnim obrotem, który brzmi jak otwierające się wrota piekieł, Belzebub odlatuje w stronę zachodzącego słońca, pozostawiając za sobą ślad o waniliowym zabarwieniu siarki i najsłabszy zapach limonkowej skóry.
Spędziłem niezliczone godziny na YouTube oglądając podróżników przemierzających odległe japońskie góry w poszukiwaniu ukrytych onsenów. Macaque wyczarowuje to, co wyobrażam sobie w tych chwilach przed wślizgnięciem się do tych naturalnych gorących źródeł: gwałtowny wdech, gdy górskie powietrze wypełnia płuca, ożywcza jasność, która szczypie jak cytrusy bez śladu słodyczy. Następnie pojawia się sucha ziołowo-drzewna lecznicza obecność drewna cyprysowego rozgrzewającego się w słońcu, a na koniec kontemplacyjny dryf kadzidła przenoszonego przez prądy termiczne. Jego dym jest tutaj inny - zmiękczony i rozproszony przez unoszącą się parę, aż staje się niemal dotykalny, jak jedwab zawieszony w powietrzu. Jest coś świętego w tej samotności dymu i pary, coś, co przypomina pokłosie gorącego prysznica, ale bardziej ziemskie, bardziej starożytne - mniej o mydle niż o cichym rytuale oczyszczania, z zaledwie szeptem bogatego w minerały powietrza. Trwałe wrażenie to raczej ciepło zapamiętane niż odczuwane, jak późne popołudniowe słońce utrzymujące się po tym, jak dzień zaczął się ochładzać.
No. 23 z Fischersund to gęsto smolisty i skórzany zapach, zwęglone drewno i pieprzny dym, który wysycha we włosach jak zielony, aromatyczny mech i balsamiczne igły jodły i sosny. Kojarzy mi się również ze słoną lukrecją i hangikjöt - ale nie z cukierkami i prawdziwym wędzonym mięsem. Raczej gorzki, ziołowy posmak, przypalona i tląca się brzoza i jałowiec oraz duch spieczonych białek? Jest stygmatyczny, enigmatyczny i ponury, i może tak właśnie pachnie mój sobowtór, który właśnie wyszedł z burz popiołowych Katla i wędrował przez las Jordskott. (Zdaję sobie sprawę, że tymi odniesieniami mieszam zarówno islandzki, jak i szwedzki przerażający horror - katastrofalne nadprzyrodzone wulkany i przepowiednie o złych lasach - ale nieważne!).
Imponująco intensywny dla miłośników oudu. Ma ten wieloaspektowy zapach oudu, a poza tym nie ma wiele do powiedzenia, chociaż nie mam wątpliwości, że olejek został rozszerzony i uzupełniony, ponieważ wciąż wydaje się być perfumami, a nie tylko olejkiem oudowym. Nie znalazłem go szczególnie zwierzęcego ani śmierdzącego, ale doradca, który spryskał go na karcie dla mnie, mimo że mocno namawiał, zdradzał swoje prawdziwe odczucia mową ciała, był widocznie odrzucony tym zapachem. Myślę, że jest w porządku, po prostu drogi, ale czy wszystko nie jest teraz drogie?