ELdO's Spice Must Flow to mniej kosmiczna przyprawa Franka Herberta, a bardziej hybryda członków angielskiej grupy popowej Posh Spice i Ginger Spice z końca lat 90-tych. To samotna, bujna róża, chłodna i pachnąca, tajemniczo kwitnąca na suchych, gorących piaskach, gdzie przetrwają tylko najbardziej kłujące, ostre i pieprzne przyprawy. Nie wydaje mi się, żeby w nutach były wymienione cytrusy, ale przy pierwszym spryskaniu wyczuwalny jest łagodny, kwaśny posmak, który daje wrażenie jasności, oraz piękna kadzidlana nuta kardamonu przy wysychaniu, która nadaje cienistą równowagę. Właściwie nazwałbym go raczej różą dla ludzi, którzy uważają, że nie lubią róż, niż bramą do Arrakis dla mieszkańców Spice World. Zaraz... o czym my mówiliśmy?
Od jakiegoś czasu chciałem wypróbować Paloma Picasso i z przyjemnością stwierdzam, że jest to to, czego się spodziewałem, ale chyba najlepsza wersja tych oczekiwań. Jest to rodzaj balsamicznego szypru - brudny kwiatowy jaśmin i ylang-ylang, obok goździków, balsamicznych przypraw i gorzkiej ziołowej kolendry i dzięgla, rozjaśniony kwaśną, musującą cytryną i aksamitnymi mchami pełzającymi po nastrojowym, sfermentowanym bursztynie i ostrym drzewnym wetiwerze. Ma retro-futurystyczny klimat, jakby został stworzony przez jakiegoś wizjonera vintage. Gdybym miał uosabiać te perfumy, porównałbym je do niesamowitego, wrażliwego wyrafinowania Seana Younga jako Rachael w oryginalnym filmie Bladerunner.
To zapach deszczu obijającego się o chodniki, zamieniającego wczesnym wieczorem ulice w labirynt śliskiej, zastygłej zieleni. Martwe liście, gałązki i inne bezimienne szczątki kołyszą się w nurcie i zatykają rynny, a ich rozkład dodaje mdłej słodyczy do i tak już uciążliwego powietrza, zapachu rzeczy zarówno rosnących, jak i gnijących. Późna letnia ulewa, która wpełza pod skórę, pozostawiając chłód nawet w parnym upale. Kanał burzowy jest otwarty, jego paszcza wyłożona jest szlamem i mchem. Tam na dole, w dławiącej zielonej głębi, coś się zmienia. Dźwięk, nie do końca chichot, nie do końca szelest, odbija się echem od czerni, a głos, gładki jak deszcz na kamieniu, ślizga się miękko. Słodki bulgot dziecka, wypaczony i przekształcony w coś potwornego. "Wszyscy się tu unosimy", powtarza, obietnica zarówno przerażająca, jak i dziwnie pociągająca. "Czy ty też nie chciałbyś się unosić?". Nuit de Bakelite to cuchnąca obietnica wyszeptana przez potwora w ciemności, zapach strachu, który na zawsze pozostaje w gardle. Entuzjaści perfum x fani horrorów: jeśli wiesz, to wiesz. Nie ma słów na to, jak bardzo kocham ten zapach.
W końcu próbuję Frederic Malle En Passant i trochę wstyd mi przyznać, że choć zachwycam się zapachami od co najmniej 20 lat, to jest to pierwszy raz, kiedy go wącham. Wierzę, że ma to być jakiś współczesny klasyk, więc lepiej później niż wcale.
Z nutami bzu, ogórka, cedru i białego piżma, wciąż próbuję wyrazić słowami, jakie to piękne dzieło. Wszystko, co mogę powiedzieć, to że przypomina mgliste wspomnienie z dzieciństwa delikatnego, mglistego wiosennego dnia, chłodne pasma mgły unoszące się, gdy słońce przesuwa się przez chmury i ogrzewa skórę... ale to nie do końca prawda.
Jako dziecko nie znałbym języka, który byłby w stanie opisać upiorne poczucie nostalgicznej melancholii, jakie wywołuje En Passant. To bardziej jak patrzenie na źródło tego wspomnienia przez zamgloną szybę jako dorosły, teraźniejszość, która rozwija się z chwili na chwilę i staje się wspomnieniem tak szybko, jak rozwija się chwila. I świadomość, jak ulotne jest to wszystko. Smutek z powodu upływającego czasu i radość z powodu dziecka, które jeszcze tego nie czuje. To wszystko. To wszystko.
Philoskyos od Diptyque to zapach, którego nie używam zbyt często, ponieważ nie jestem do końca pewien, co o nim myśleć... i nie wiem też, jak go wymówić. Ma to być perfumowana oda do drzewa figowego w całości, drewna, liści i owoców, ale żeby być przejrzystym, nigdy nie jadłem świeżej figi, a co gorsza, czasami mylę suszone figi z suszonymi daktylami, więc już jestem zagubiony. To, czego doświadczam w tym zapachu, to mleczny sok ze złamanej gałązki i zapach wiosennej zieleni, wilgotnej od porannego deszczu. Mimo to nadal wydaje się suchy i spodziewałbym się, że będzie również świeży i lekki, ale w jakiś sposób jest dziwnie stęchły. Używam go w dni, kiedy wiem, że mam dużo do przemyślenia, aby przypomnieć sobie, że dobrze jest nie wiedzieć wszystkiego i być może nigdy nie dojść do konkluzji.
Yum Pistachio Gelato, poza tym, że jest nazwą, którą wstydzę się wpisać, jest dość żenująco prosta, jak na zamieszanie, które perfumetok zrobił wokół niej, gdy została wydana. Nie będąc aż tak zaangażowanym w dramaty społeczności perfumeryjnej, nie byłem pewien dlaczego, ale myślałem, że ma to coś wspólnego z tym, jak influencerzy mówili lub nie mówili o tym, a może niektórzy ludzie byli zirytowani tym, że nie otrzymali pudełek PR? Nie wiem, ale byłem ciekaw, czy sam zapach jest w jakikolwiek sposób warty wyciągnięcia nosa ze stawu. Nie jest. To zwykłe waniliowe piżmo z dodatkiem czegoś, co kojarzy mi się z czymś w rodzaju zjełczałego masła shea z kwaśnymi dziecięcymi rzygami, czymś miękkim i kremowym, co stało się zakrzepłe i zsiadłe. Nie jest to najgorsza rzecz, jaką kiedykolwiek wąchałem, ale jeśli nie otrzymałeś pudełka PR na ten temat, bez wątpienia przeżyłeś mękę i zacząłeś wąchać lepsze rzeczy.
Black Opium pachnie tak, jakby ktoś wycisnął słodką, piegowatą buzię Strawberry Shortcake, aż czubek jej plastikowej, uformowanej głowy odskoczył, a oni rozmazali mdły, syropowaty posoka, który kapał na całe ich ciało, a następnie tarzali się w stercie gnijącego jaśminu, który osiągnął punkt w życiu kwiatu, w którym kwiaty przestają pięknie pachnieć i natychmiast zaczynają pachnieć jak pęknięte wiadro poplamionej sikami bielizny. Tak przyozdobiona w dżem z krwi lalki i lepkie kwiaty toaletowe, osoba śmiało zapewnia, że jest seksowna jak diabli i udaje się do klubu. Och, mieć pewność siebie osoby noszącej jedne z najbardziej gównianych perfum na świecie.
Wszyscy wydają się być bardzo zainteresowani Mon Guerlain, którego nigdy nie próbowałem, więc pomyślałem, że skorzystam z wyprzedaży Sephora i wezmę butelkę wody perfumowanej. Muszę być szczery. Jest dość obrzydliwa. Jeśli potrzebujesz zapachu, aby zaimponować rówieśnikom po złożeniu przysięgi Jezusowi jako święty wałek w wieku przedszkolnym i zamierzasz spędzić czas z nimi wszystkimi na szalonej nocnej blokadzie kościoła? To byłoby to, po co byś sięgnął. Ale słuchaj, nie pukam do dobrego pachnienia dla twojego pana i zbawiciela, ale myślę, że nawet spłodzony jedyny syn Boży ma zerową tolerancję dla tego mdłego owocowo-kwiatowego zapachu Koolaidu z kosza. Gdzie są bardziej interesujące aspekty lawendy i bergamotki, za którymi ludzie szaleją? To po prostu rozwodniony CapriSun, którego nikt nawet nie doprawił. Jestem zdezorientowany. A teraz nie mam 80 dolarów. Cholera.
Seks w butelce
To mój zapach na deszczowe dni. Jest absolutnie unisex i widzę, jak ludzie mówią, że ma pocieszającą jakość. Mimo to zawsze uważam go za nieco chłodny i odległy. W najlepszym tego słowa znaczeniu. To zapach dla dorosłych. Ma w sobie melancholię, którą uwielbiam, ale nie jest to dobry zapach na nastrój. Dla mnie to bardziej Weltschmerz. W kontakcie z innymi może wywoływać wrażenie "przytul mnie, nie trzymaj się z daleka, jestem samotnym strażnikiem".
Poets of Berlin od Vilhelm Parfumerie to nikczemna bioluminescencyjna zmutowana borówka. Borówka poddana szkicowemu, niedofinansowanemu eksperymentowi w prototypowym telepodzie, ale w komorze znajdowała się również cząsteczka cytrynowo-aloesowo-bambusowego odświeżacza powietrza Glade, zanim została hermetycznie zamknięta, a także rozbity klejnot, który spadł z akrylowego paznokcia stażysty, niezauważony. Rozdarty atom po atomie, mały dżemowaty owoc połączył się z błyszczącymi odłamkami słodkiego blasku i żrącą, świecącą w ciemności cytrusową lilią. Nie sądzę, by David Bowie kiedykolwiek napisał piosenkę o tym potworze, ale była adaptacja filmowa z Jeffem Goldblumem.
Początkowo Coromandel jest mrowiący w nosie, aldehydowy, jasny, ostry i kwaśny, jak gorzki cytrusowy kawałek księżyca w noc, gdy zima oszczędnie ustępuje miejsca wiośnie. Jest również pełen ciekawego kamforowego drewna i dziwnych podziemnych ech, gdy pierwszy spritz osiada na skórze. Wkrótce jednak w niewytłumaczalny sposób staje się ciemną, kwiatową posypką czarnego pieprzu na kubku najjaśniejszego mlecznego kakao, gładkiego, bogatego i kremowego na języku, ale zabarwionego stęchłą goryczką. Dziwna gra między tymi pierwotnymi nutami a aksamitną dekadencją oferuje pojedynkowe wrażenia bogactwa i surowości; wyobraź sobie delektowanie się rozkosznie eleganckim napojem... na wilgotnej, zimnej podłodze omszałej wapiennej jaskini.
Powiem szczerze, że jestem zaskoczony, że ten zapach naprawdę mi się podoba. Nie ma o nim zbyt wiele do powiedzenia. Jest to zapach skóry pianki marshmallow, coś w rodzaju unoszącej się w powietrzu wanilii, lekki magiczno-realistyczny, codzienno-fabularny, cytatowo-bajkowy zapach... z nieuchwytną nutą kwaśnej gruszki z puszki. To dziwny element, który pojawia się bardzo rzadko, ale nie mogę udawać, że go nie wyczułem.
Zakurzona wanilia, pudrowa trawa sassafrass i drzewo sandałowe, miodowy likier amaretto i piżmowy jaśmin. Wspomnienia na wspomnieniach na wspomnieniach. Nosiłem ten zapach wyłącznie w połowie lat 20-tych, jest to zapach przepełniony złymi decyzjami i złośliwymi, jadowicie obraźliwymi relacjami, ale także obejmowaniem niesamowitych związków i rozpoczynaniem cudownych odkryć. Dla mnie Hypnotic Poison jest zapachem bardzo związanym z konkretną przestrzenią i czasem w moim życiu, i choć nie mogę obwiniać tego zapachu, cieszę się, że zostawiam go w przeszłości.
Ziołowe, zakurzone słodko-gorzkie, marzycielskie i drżące zielone piżmo. Smutki dziwnych kołysanek snutych delikatnym szeptem, bajki o kwitnących śniegiem drzewach, zrodzone z kości. Kruchy, tęskny, migoczący dzwonek. Ulotna rosa, blada mgła dryfująca nisko na łące, znikająca w pustym niebie. Melancholijna elegia na kaprys dzieciństwa. Wiersz na łożu śmierci o świcie.
Gris Charnel od BDK Parfums to zapach, który uważam za mylący i rozczarowujący. Przede wszystkim myślę, że jestem rozczarowany samym sobą, że nie przeczytałem inspiracji perfumiarza dla tego zapachu. Trochę bełkotu o dwójce turystów, których spojrzenia się krzyżują, tańczą do białego rana, a potem wymykają się na intymne spotkanie. Ziew. Znudziło mi się i wylogowałem się kilka razy, próbując to podsumować. Teraz, gdyby prześlizgnęli się przez portal do historii Edwarda Allana Poe, gdy kochali się w ciemnym zaułku, mógłbym wybaczyć sobie, że dałem się porwać ekscytującej kopii (i w mniejszym stopniu, mrocznie poetyckiej nazwie, która w jakiś sposób wmówiła mi, że jest czymś, czym nie jest). Musiałem być podekscytowany nutami, które wspominają o czarnej herbacie, figach i esencji kardamonu. Brzmi to naprawdę pięknie. Ale próbowałem tego kilka razy i nie wyczuwam nic z tej cudowności. Zamiast tego jest to trochę jak próbnik herbaty z niższej półki, który zawiera różne nieokreślone "smaki owocowe", ale w rzeczywistości, bez względu na to, który z nich zaparzysz, wszystkie smakują jak gorąca woda Kool-Aid. Do tego dochodzi dziwny, gryzący dym, który unosi się nieprzyjemnie, jak powietrze podgrzane węglem drzewnym... więc wyobraź sobie palenie gorącej wody Kool-Aid w sziszy. Nawet jeśli udawałbym, że palę tę fajkę w stylu gotyckiego poety z dawnych lat, to i tak jest to trochę niewypał.
Naprawdę nie mam słów na to, jak piękny jest ten zapach. Jest bogaty i luksusowy bez bycia ... dekadenckim ... lub ciężkim, ale zdecydowanie nie jest to również "lekki" zapach. Jest naprawdę odurzający. Pachnie jednocześnie obco i znajomo; może jeśli twoje wyobrażenie o "egzotyce" pochodzi z wystawnych ilustracji w wysłużonej książce z baśniami z odległej krainy. Na mnie jest to wyniosłe drzewo sandałowe, miodowe piżmo i płynna bursztynowa herbata, która sprawia, że czuję się jak królowa pustyni w dziwnej, zakurzonej opowieści.
W Musc Ravageur jest dziwna, ponura plastikowa nuta owinięta wokół ciemnej, zwierzęcej wanilii, która nie dba o to, co ktoś myśli i śmieje się z własnych żartów, a czasami śmieje się tak mocno, że trochę się zsika, i tak, faktycznie można wyczuć również ten aspekt Musc Ravageur, w postaci prawie sfermentowanej nuty bursztynu. Jest zarówno bogaty, jak i kwaśny w niecodzienny sposób, który graniczy z odrażającym... ale mimo wszystko nie jest to strasznie skomplikowany zapach. Myślę, że możemy uznać je za perfumy, które trudno poznać, ale łatwo pokochać. Czy odnoszę się do tego zapachu trochę zbyt głęboko? Można tak powiedzieć.
Dark Season to zapach dymnego lasu/bogatego, zakurzonego bursztynu, który pachnie dramatycznym tenebryzmem tych wszystkich starych, upiornych powieści gotyckich i zatęchłych XIX-wiecznych weird fiction, starożytnych krajobrazów i gliny, sadzy z sosnowych kłód, upiornego dymu i przesiewania śniegu na dziwnie oświetlonym polu, ponurej ochry, umbralnego bursztynu, gałęzie pokryte szronem drapiące ołowiane niebo, ślady stóp znikające w świeżo spadłym śniegu, skrzypienie wiatru gwiżdżącego wokół stojących kamieni, coś strasznego uwolnionego w ciemności, coś, co w końcu zanika, aż staje się niczym więcej niż niespokojnym uczuciem lub zimnym dreszczem w ciepły dzień.
Chasing Autumn ożywia jesień, za którą zawsze tęskniłem, żyjąc w niekończącym się lecie na Florydzie. To zapach, który oddaje nie tylko porę roku, ale także stan umysłu i stan bycia, którego nieustannie poszukuję. Przychodzi mi na myśl obraz Millaisa Jesienne liście - scena o zmierzchu, w której młode dziewczęta zbierają opadłe liście, a ich twarze dotknięte są melancholijną czcią dla zmieniającej się pory roku. Obraz przyciąga nasz wzrok do żywego stosu szeleszczących liści, a jedynie kłąb dymu wskazuje na odległe ognisko.
Ten zapach jednak śmiało wysuwa to ognisko na pierwszy plan. Nuty smoły jodłowej i brzozowej ożywają, przywołując trzaskające ciepło jesiennych nocy, które tylko sobie wyobrażałem. To tak, jakby Morris wziął to sugerowane ciepło z płótna Millaisa i uczynił je sercem tego zapachowego doświadczenia. Akordy skóry i kawy dodają głębi, przypominając przytulne wieczory w rodzaju tych, które czuję w poezji Emily Brontë.
"Jesień, liście, jesień" Emily Brontë odbija się echem, gdy noszę ten zapach. Jej słowa to nie tylko poezja, ale także inwokacja - pieśń, która zapowiada nadchodzącą zimę. Wiersz "Każdy liść mówi do mnie błogo, trzepocząc z jesiennego drzewa" sprawia wrażenie rzuconego zaklęcia, a ten zapach ucieleśnia tę mistyczną przemianę. Podczas gdy wiersz Brontë jest wezwaniem do nadchodzącego zimna, Chasing Autumn oddaje samą istotę tego wezwania.
Również ten zapach przywołuje atmosferę Over The Garden Wall, pozbawioną dziecinnych elementów (uwielbiam te elementy! Ale!) Przywołuje poczucie zagubienia w jesiennym innym świecie, w którym króluje tajemnica i melancholia. Zapach oddaje istotę wędrówki przez Nieznane, z jego subtelną groźbą i złowieszczą obecnością czającą się tuż pod powierzchnią opadłych liści i zacienionych lasów.
Chasing Autumn jest hołdem dla tych migoczących jesiennych płomieni, pozwalając mi zanurzyć się w jesiennym uczuciu, które istnieje bardziej w moim umyśle niż w mojej subtropikalnej rzeczywistości. To sensoryczna podróż do jesieni, za którą gonię rok po roku, nigdy do końca nie osiągając, ale zawsze o niej marząc - o porze roku zarówno pięknej, jak i nieco złowieszczej.
Naprawdę chciałem pokochać ten zapach; byłem tak zaintrygowany pomysłem. Ale w rzeczywistości pachnie jak kwaśne upomnienia i bierne palenie od zirytowanej matki, gdy masz na sobie zbyt dużo owocowo-kwiatowej wody toaletowej Ex'cla-ma'tion i kilka tłustych warstw waty cukrowej Lip Smackers przed wyruszeniem na pierwszy dzień gimnazjum około 1989 roku. Gdy wysycha, zapach zmienia się w coś, co niesamowicie przypomina zapomniane, wielodniowe espresso, które chlupocze na dnie różowego organizera Caboodles.
W Nitesurf Neroli, wiele sążni pod niebem i morzem, kandyzowana grota pulsuje krystaliczną słodyczą. Stalaktyty miodu z bitej pomarańczy kapią do świetlistych basenów; syreny wiją się w neonowej pianie, a ich głosy przeszywają odłamki światła. Przesycone kwiaty kwarcu rozpuszczają się w wilgoci i ciemności, a jasny imbir i pyłek cytryny lśnią we mgle. Skamieniałe muszle konch, małży i ślimaków morskich rozsypują się, a ich starożytne formy pokryte są cukrowymi klejnotami, łapiąc i załamując migoczący blask. Każda powierzchnia lśni sucharem kandyzowanego blasku, a czas rozpływa się w słonym piżmie w tym podwodnym dyskotekowym szaleństwie cukrowego nadmiaru, zapętlającym się bez końca, wiecznie elektrycznym. To jest słodycz, którą szepczą syreny, każda do każdej, pod falami.
For Rest otwiera się kadzidlano-cytrusową nutą, czymś w rodzaju cienistego yuzu - nie dymnego per se, ale jakby przyćmionego i migoczącego. Hinoki może czasem wydawać mi się nieco ostre, ale w połączeniu z gałką muszkatołową i pieprznym piżmem nadaje zapachowi jasnej, korzennej słodyczy. To jest naprawdę piękne. To zapach zbyt ziemisty i uziemiający, by nazwać go mistycznym czy tajemniczym, ale też zbyt interesujący, by uznać go za przytulny czy nawet przyziemny. Być może są to perfumy z pogranicza obu światów w tym sensie, że są w jakiś sposób głęboko znajome i zaskakująco sugestywne, zapach, który wprowadza w komfortową zadumę, nawet jeśli pozostawia długotrwałe poczucie zdumienia.
Forget Me Not to pikantny, musujący ziołowy zapach, bardzo zielony, niemal krokodyli w swojej zieloności. Krokodyl prześlizgujący się przez dzikie połacie mięty.