Ktoś opróżnił świeżo napełnioną pieluchę dla niemowląt i kilka kropli esencji waniliowej w twoim ogrodzie różanym. Odżywione, róże odpowiadają krótkim i intensywnym kwitnieniem, zanim wrócą do lekkiego, przezroczystego zapachu, który unosi się w bezruchu powietrza.
Po przejściu przez nieprzyjemny otwierający akord oud, to jest bardzo wyrafinowany zapach róży, który przylega blisko skóry. Najlepiej nadaje się na chłodniejsze dni, wieczorem. Będziesz musiał zainwestować w drugą hipotekę, zanim będziesz mógł kupić pełnowymiarową butelkę.
W dymnym, fetidnym ciemnym pokoju The Anvil, w przypływie rozwiązłości, czyjeś spocone skórzane jockstrapy zostały porzucone na poplamionych sosnowych podłogach. Podnosisz je i wąchasz.
Ciężki skórzany zapach zwierzęcy, z nieoczekiwaną, lekko słodką nutą, która od czasu do czasu przebija się na wierzch. Wysycha do spokojnej, połączonej kombinacji mirry i przypraw. Trwałość jest imponująca, sillage umiarkowane. To był zakup w ciemno i jest całkiem wspaniały.
Bardzo zielony, nieco mleczny zapach na początku. Przypomina mi mleczny sok, który wydobywa się z niektórych roślin, gdy łodygi są łamane. Czuję też czerwone jagody, a w mieszance jest coś prawie jak lukrecja, ukryte głęboko w kompozycji. W miarę rozwoju zielony zapach pozostaje, ale tekstura staje się lekka, a następnie pudrowa, z delikatnym akcentem pieprzu. Wciąż w jakiś sposób daje wrażenie czegoś kremowego, białego, a jednocześnie zielonego.
Miałem trudności z dokładnym zidentyfikowaniem, co to za zielony zapach, aż zobaczyłem bambus w liście nut, co ugruntowało tę bardzo szczególną pamięć zapachową, jedną z tych, które przywołują wspomnienia z zagranicy, z gajów bambusowych, w gorący, wilgotny dzień, kiedy zapach unosił się prawie gęsto w powietrzu.
Lekki i delikatny, szybko zanika, chyba że jest nadmiernie aplikowany, w takim przypadku pozostaje obecny przez rozsądny czas. Jest bardzo zen, bardzo uspokajający i dość piękny.
To był pierwszy perfum, który kupiłem wiele lat temu, w połowie lat 90. Wydawał się zarówno niewiarygodnie drogi (butelka wtedy kosztowała mniej więcej tyle, co butelka teraz), jak i całkowicie unikalny. Przypominał mi linię odzieżową Issey Miyake, która często pojawiała się w magazynach takich jak The Face, była przycięta i minimalistyczna, a jednocześnie zabawna w sposobie, w jaki eksperymentowała z formą. Noszę go codziennie przez lata.
Ostatnio, w przypływie nostalgii, kupiłem butelkę ponownie. I wciąż pachnie dobrze. Jest początkowy wybuch cytrusowego sorbetu, który w tamtym czasie myślałem, że to cytryna, ale teraz wiem, że to yuzu. Kwiatowe nuty są również bardziej oczywiste, białe kwiaty, coś, co umknęło mi przez te wszystkie lata, kiedy był moim codziennym zapachem. Gdy się ustabilizuje, yuzu wciąż tam jest, ale jest mniej dominujące, a przyprawy - szczególnie gałka muszkatołowa i drzewo sandałowe - mają szansę się ujawnić.
Wciąż wydaje się bardzo czysty i minimalistyczny i wciąż nie ma nic, co byłoby do niego podobne. Trwałość jest gorsza niż pamiętam, ale nie wydaje się, żeby oddalił się daleko od swojej pierwotnej formuły.
To trochę klasyczny zapach projektanta, który bardzo dobrze zniósł upływ czasu.
Albo: dlaczego wciąż kupuję te blinde klony z Bliskiego Wschodu?
Na początku mamy ogromny wybuch stęchłego mango i szafranu... subtelność nie jest tu w modzie. Mimo siły zapachu, udaje mu się być jednocześnie mdły i chorobliwy.
Następnie, z jednego ekstremum w drugie, przechodzi w pudrową ozonową zamsz, zmieszaną ze słodką cytrusowością, w momencie, gdy staje się mniej więcej zapachem skórnym.
Ta faza nie jest nieprzyjemna, ale brakuje jej czegoś, czegoś ostrzejszego i trudniejszego do skontrastowania lub podkreślenia dominujących nut. Jak jest, jest dość anonimowy i, co gorsza, ostatecznie dość nudny.
A żeby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego wciąż je kupuję? Ponieważ a) są tanie i b) czasami natrafiam na absolutny hit zapachowy. Masa, niestety, nie jest jednym z nich. Odpuść.
W rogu ogrodu wyciekła podziemna rura, a w centrum stałego basenu z rdzawej wody rośnie zielony i gorzki gabalnum. Ktoś stoi blisko, paląc jednego papierosa za drugim. Ma na sobie skórzane chapsy i niewiele więcej. Kiedy zauważa, że go obserwujesz, rozkłada się na pobliskiej drewnianej ławce i mruga do ciebie w sposób sugerujący „przyjdź i weź mnie”. Zauważasz, że nosi ciężki złoty medalion, który wisi na jego wyraźnie owłosionej klatce piersiowej.
Rzekomy klon Noir Anthracite od Thoma Forda, który z kolei był wyraźnym ukłonem w stronę zapachów z lat 70. w barbershopach, naprawdę zajmuje terytorium „inspirowane”, w przeciwieństwie do bycia czystym klonem. Jest bardzo zielony, krzykliwy w swoim otwarciu, ale to naprawdę ta popiołowa metaliczna nuta podnosi go na wyżyny.
Niedrogi, długo utrzymujący się i, ostatecznie, naprawdę dobry zapach. Niedoceniana perełka wśród mnóstwa przereklamowanych perfum z Bliskiego Wschodu, z których większość rzadko dorównuje poziomowi uwagi, jaką im poświęcono.
Jesteś w kościele Hawksmoor w Spitalfields, tym z surową, dominującą architekturą i źródłem czasami intrygujących, a czasami wręcz absurdalnych teorii spiskowych dotyczących okultyzmu.
Wewnątrz jest dymno, ciemno i zimno, ponieważ ktoś zgasił światła. Może to ksiądz, który wyszedł na szybkie papieroska. Jesteś ubrany w skórę, ssąc cukierek anyżowy i z jakiegoś powodu trzymasz w ręku pęk starych, pożółkłych gazet. Zapach spalonego kadzidła wniknął w kamienne ściany. W budynku nie ma nikogo innego, ale, co niepokojące, słychać ruch z krypt poniżej.
To jest dość wspaniałe. Łagodniejsze w intensywności niż niektóre inne zapachy z linii Beaufort, jest, trochę jak kościół, który je zainspirował, na początku zimne i nieprzyjazne, ale zyskuje na ciepłocie w miarę jak się rozwija, zanim znów powróci kamienna zimność. Jeden z moich ulubionych zapachów z linii Beaufort i jeden z bardzo nielicznych, które rozważałbym nosić w środowisku pracy.
Bardzo mocny i ciemny zapach dżemowej róży, który jest łagodzony metalicznymi nutami. Jest zarówno luksusowo dekadencki, jak i zdystansowany, jakby Berlin, w którym się rozgrywa, był epoką Weimaru, z hedonizmem coraz bardziej przyćmionym przez zagrożenie zsiadłym nacjonalizmem i wojną.
W miarę jak to zanika, róża osiada w kolejnej sprzecznej kombinacji: miodowych, ziemistych zwierzęcych nut.
To nie jest przytulny twór: jego piękno ma ostrze, i można zrozumieć, dlaczego tak wielu recenzentów uważa, że ma gotycki urok. Dla mnie obrazy, które przywołuje, są bardziej nowoczesne: to zapach kogoś podróżującego przez ekscytujące, ale wymagające miasto, elegancko ubranego, w drodze na nielegalne spotkanie.
W zależności od tego, jak lubisz swoje róże, możesz uznać to za nieco zbyt surowe lub ciemne. Z pewnością nie jest to pocieszający zapach, ale jest to dziwny i piękny zapach.
Zaczyna się brudno i staje się coraz brudniejszy. Spalony plastik, świeżo polakierowana podłoga, lukrecja i świeżo zaparzone kubek kawy. I to tylko początek. Gorzka, plastikowa nuta staje się przez pewien czas bardzo wyraźna, zmieszana z geranium. Kadzidło przesiąka, mieszając się z dziwną gumową nutą. Potem staje się słodszy, wanilia dodana do mieszanki, wraz z zapachem, który przypomina mi zapach futra mojej kotki, gdy wkłada mi tyłek w twarz, jak to koty mają w zwyczaju. A potem niespodzianka: wraca do zapachu lakieru, który pojawił się na samym początku, tym razem zmieszany z czymś kwiatowym i owocowym.
To sprytny, złośliwy zapach, który szybko przechodzi przez swoje różne fazy. Nie poczułem zbyt wiele z obiecanych nut zwierzęcych, nie aż do samego końca, ale ogólne wrażenie jest takie, że to coś funky i cielesnego, całkowicie NSFW wydarzenia w piwnicy nieprzyzwoitego klubu gdzieś.
Fotorealistyczna ewokacja brodzenia w mokrej, sięgającej kolan dzikiej roślinności tuż po intensywnej ulewie. Dziką miętę czuć szczególnie wyraźnie, a pod tym wszystkim unosi się wilgotny zapach ziemi. Aromat jest nieco gorzki i bardzo, bardzo zielony.
Po ustaleniu tej sceny, nie rozwija się tak bardzo, jak zanika w przyjemną, ziemistą, trawiastą bazę wetiweru, która ma wyraźne echa Terre d'Hermes. Utrzymuje się na mojej skórze przez nieskończoność, chociaż wetiwer generalnie trwa wieczność na mnie, więc jego trwałość będzie w dużej mierze zależała od chemii twojej skóry, przypuszczam.
Tak więc perfum składający się z dwóch części: pierwsza jest bardzo uderzająca, druga, mniej, chociaż obie są bardzo przyjemne. Żałuję tylko, że oryginalność otwarcia nie została przeniesiona do etapu drydown.
Rezygnujący, kościelny kadzidło, trochę alkoholowy, jakby ksiądz przed komunią sięgnął po butelkę. Jest w tym coś siana, w połączeniu z mandarynką i cytryną oraz astringentną nutą bluszczu, przypominającą tę z Beach Hut Man. Gdy się osadza, wyłania się silny cedr, a także kadzidło, wraz z dość lekką kombinacją wetiweru i paczuli. To klasztor gdzieś w Morzu Śródziemnym, w głębi lądu, o zmierzchu w bardzo spokojny dzień. Gdy się wysusza, traci część swojej wyrazistości, a pojawia się ta powszechna bursztynowa nuta, którą dzieli tak wiele innych perfum z dominującym kadzidłem.
To pierwsze perfumy od La Manufacture, które próbowałem. Patrząc na resztę ich linii, wydaje się, że specjalizują się w wariacjach na temat znanych perfum. Jeśli tak, to nie mam pojęcia, z jakiego wariantu to jest. Ani jaka może być ich koncentracja: mogę powiedzieć, że moja skóra ma oleistą powłokę po spryskaniu tym, co sugeruje, że koncentracja olejków perfumeryjnych musi być dość wysoka. Jest też dość mocne: kilka psiknięć wystarczy.
Jednak to, co jest, jest całkiem dobre. Jest wystarczająco słodkie i ostre, aby nie czynić tego wyłącznie bombą do głowy, ani nie przypominać zbytnio księdza machającego kadzielnicą z wystarczającą ilością palącego się kadzidła, by uruchomić alarmy przeciwpożarowe. Nie ma tu nic rewolucyjnego, ale jest to bardzo dobrze wykonane z przyzwoitych składników, z wystarczającą ilością odniesień i niespodzianek, aby uniknąć liniowości. Warto poszukać, zwłaszcza gdy butelki często pojawiają się w mocno obniżonych cenach w sklepach internetowych.
Siedzisz na drewnianej ławce na skraju sosnowego lasu, pijąc filiżankę zimnej, czarnej herbaty. Obok ciebie hipis je dużą kromkę mocno ziołowej pizzy. Jego ubrania przesiąkły zapachem kadzidła.
Lekki, stonowany i bardzo przyjemny, ale szczerze mówiąc, nie ma w sobie wiele więcej. Unosi się dyskretnie i co jakiś czas złapiesz zapach i pomyślisz: "O, to ładnie pachnie." Czego jednak oczekiwałem i na co liczyłem, przeglądając listę nut, to efekt "wow", a to nie zbliżyło się do tego. To prawie był zakup w ciemno, ale bardzo się cieszę, że zdecydowałem się na próbkę zamiast tego. Wszystko jest trochę meh, naprawdę.
Zapachy celebrytów? Zwykle są trochę meh, bądźmy szczerzy. Wystarczy przyczepić nazwisko celebryty z przodu, zaprojektować coś, co spodoba się tłumom, z DNA skradzionym z tego, co jest aktualnie popularne na rynku, i zalać sklepy z nadzieją przyciągnięcia uwagi przypadkowego nabywcy zapachów.
Czasami jednak naprawdę dobry zapach jakoś się wymyka. GIRL został stworzony przez Comme des Garcons z dużym wkładem Pharrella Williamsa i zapakowany w przyciągającą wzrok butelkę zaprojektowaną przez KAWS. A potem okazał się klapą. Zamiast dziesięciu milionów, które przewidywano, że perfum przyniesie, był dostępny w internetowych dyskontach za ułamek pierwotnej ceny, szybciej niż słaby singiel znika z list przebojów.
Ich strata to twoja korzyść. To naprawdę całkiem dobry zapach, choć niekoniecznie dla mas (w tym tkwi jego słabość).
Na początku dominuje głównie fiołek, intensywnie pieprzny, w połączeniu z lawendą, co daje mu dodatkowy zastrzyk energii. To otwarcie jest bardzo mocne: to najbardziej fiołkowy zapach, jaki można sobie wyobrazić, jakby Fahrenheit połączył się z Grey Flannel i wyprodukowali potworne, mutantowe potomstwo.
Fiołek traci na intensywności, ale zawsze pozostaje obecny, choć stopniowo do mieszanki dołączają inne nuty: przede wszystkim irys, wetiwer i cedr. Brakuje mu lekkości i przewiewności, które mentalnie zawsze kojarzę z zapachem CDG. Jest też dość liniowy, choć można przypuszczać, że mając Antoine'a Lie jako jednego z perfumiarzy, to jest świadomy wybór.
Czy zapłaciłbym pełną cenę za ten zapach, gdy został wydany po raz pierwszy? Trudno powiedzieć. Ale to perfum, który noszę często i z przyjemnością. Przy znacznie obniżonej cenie, za którą można go zdobyć, to trochę oczywisty wybór.
Jako dziecko, gdy sobotnie poranki z kreskówkami były jeszcze popularne, oglądałem serial pod tytułem Arabian Knights, krótkotrwały i kiczowaty program Hannah Barbery o arabskich poszukiwaczach przygód, którzy pokonywali dość bezosobowych złoczyńców w jakiejś nieokreślonej lokalizacji na pustyni, która dziwnie przypominała Monument Valley. Niezmiennie pojawiały się pokazy magii i nieuchronny latający dywan.
To właśnie przypomina mi początek Shazam. Jest jasny, owocowy i pełen podstawowych kolorów. Szybko przechodzi w kojący bursztyn. Jest bardzo dobrze zblendowany, więc trudno wyodrębnić poszczególne nuty, chociaż wanilia, kremowy kadzidło i paczuli są szczególnie wyraźne. A czy to zapach bazylii? Nie jest daleko od innych perfum o tematyce bliskowschodniej, ale jest bardzo dobrze zrobiony, chociaż dla mojego gustu jest trochę za słodki. Jego słabość tkwi w trwałości, znika po kilku godzinach, pozostawiając jedynie najsłabsze nuty skórne, więc konieczne są częste reaplikacje.
Klon PDM Layton. Przyprawione ciasto jabłkowe polane sosem karmelowym, z dodatkiem lodów waniliowych. Po pochłonięciu go, stajesz się świadomy bardzo intensywnego wazonu kwiatów postawionego na twoim stole. Czujesz się też trochę niedobrze.
Notorycznie zamknięty w jednej z najdziwniejszych butelek znanych człowiekowi, z korkiem, który wydaje się zaprojektowany specjalnie po to, aby zdjąć rozpylacz, gdy jest usuwany, twoja reakcja na ten zapach będzie w dużej mierze zależała od tego, jak zareagujesz na Layton, ponieważ jest to najbliższa wersja oryginału, jaką możesz dostać w tej cenie.
Za pierwszym razem, gdy to nosiłem, byłem naprawdę dość zaskoczony, w sensie „to ładnie pachnie”. Za drugim razem wady profilu zapachowego stały się oczywiste: otula cię mdłym, słodkim mgłą, która staje się coraz bardziej nie do zniesienia, i jest definicją zapachu, który należy zmyć. Co też zrobiłem, przy pierwszej nadarzającej się okazji.
Mówiąc to, jest to bardzo dobrze zrobione jak na to, czym jest, a jeśli to jest twój rodzaj profilu zapachowego, warto to poszukać.
To zapach wodny, który nie pachnie jak typowy niebieski zapach. Otrzymałem więcej komplementów na jego temat niż na jakikolwiek inny zapach, który nosiłem przez lata.
Pierwszy raz, gdy poczułem Jacomo de Jacomo, szczerze mówiąc, pomyślałem, że to najwspanialszy zapach, z jakim się spotkałem. Bombowy lawendowy zapach z dominującą nutą goździków, zamarynowany w popielniczce z mydlanym-drzewnym suchym akordem. Jest w nim gorycz gabalnum, odrobina kwiatów i kadzidła wrzuconego do mieszanki.
Teraz, starszy i rzekomo bardziej dojrzały, wiem, że istnieje wiele lepszych zapachów. Ale wiecie co? Nadal pachnie całkiem dobrze. W pewnym sensie to uosobienie zapachu lat 80., potężny zapach zaprojektowany tak, aby zarówno łączyć się z, jak i przebijać przez zadymiony bar czy klub nocny. Teraz, gdy czasy się zmieniły, reformulacja jest słabsza, do tego stopnia, że trwałość mogłaby być bardziej wytrwała. Z tym zastrzeżeniem, nosi swój wiek bardzo dobrze i teraz wygodnie wpisuje się w kategorię klasycznego zapachu dla mężczyzn w średnim wieku. Dowód, przypuszczam, że jego publiczność dorosła razem z nim, a jego demografia zmieniła się w tym procesie. Nie ma powodu, dla którego ktoś młodszy nie mógłby go nosić, szczególnie ci z alternatywnych scen.
Tani jak chipsy i zaprojektowany, aby wyróżniać się wśród mnóstwa słodkich i niebieskich zapachów od projektantów, które są dostępne.
Krótki dymny początek ustępuje miejsca bogatemu sandałowcowi, który ma niemal gourmandowy toffi, z warstwą moreli pod spodem. Następnie pojawia się ciepły wetiwer, a potem słodki cedr. W miarę jak zapach się rozwija, pojawia się lekko ziemisty akcent, przypominający suchą, zakurzoną ziemię. W ogóle nie wyczuwam paczuli wymienionej w nutach. Morela pozostaje obecna przez cały czas.
Na początku naprawdę myślałem, że to będzie coś wyjątkowego, ale w miarę postępu traci swoją unikalność i zaczyna przypominać inne zapachy z linii 4160 Tuesdays.
Problem polega na tym, że wszystko w tym zapachu wydaje się słodkie, nawet nuty wetiweru/ziemiste. Nie jest to słodkie w sposób cukierkowy, bardziej ma ciepłą, dżemową jakość: to coś, co wydaje się być rdzeniem DNA marki, a nie jest to coś, co szczególnie mi się podoba. Chciałbym zobaczyć, jak tworzą perfumy, które całkowicie tego unikają, ponieważ to byłoby znacznie bardziej w moim guście. Jak na razie, ten zapach jest bardzo przyjemny, cieszę się nim, ale nie kocham go.
Dzieciak z lat 90., który wzoruje swój wygląd na Damon Albarnie, chwali się, że pewnego dnia zostanie sławnym muzykiem, jak jego idol. Kończy jako otyły kasjer, który za dużo pali i nadmiernie stosuje dezodorant w pracy, aby uniknąć nieestetycznych plam potu. Przed zaśnięciem w nocy z melancholijną nostalgią wspomina dni, kiedy spędzał noce w klubach, naćpany MDMA, marząc o niewypowiedzianych możliwościach, jakie może przynieść jego przyszłość.
Och, jak bardzo lat 90. Chodzi mi o to, że masz bardzo czysty, kwiatowo-cytrusowy zapach, zestawiony z lekko ziołowym, kamforowym akordem, który rośnie na intensywności, gdy kwiatowe nuty ustępują.
W połowie drogi zaczyna przypominać klasyczną kompozycję fryzjerską, z lilią i irysem na pierwszym planie, zanim ostatecznie osiada na często przywoływanym porównaniu do nowo otwartej paczki papierosów. Kwiatowa słodycz zawsze pozostaje obecna, choć jej intensywność się waha.
Niektóre zapachy wywołują emocje, inne konkretne scenariusze, a niektóre po prostu ładnie pachną (lub nie). Ten wywołuje kolory: off-white, który powoli zmienia się w pudrowy niebieski, a potem znowu wraca do białego. Jest i nie jest z tamtych czasów: tak, jest przypisany do określonej epoki, ale ma cechy, które pozwalają mu to transcendować. Pachnie nowocześnie, ale także klasycznie.
Słuchaj, to nie jest zapach, który zmienił mój świat. Nie wzdycham z wdzięcznością, że miałem okazję go powąchać w swoim życiu. Jednak jest to bardzo przyjemny, evocujący zapach, który w pełni uzasadnia skromną kwotę, jaką płacisz za butelkę.
Wycofany, ale wciąż dostępny w bardzo niskich cenach online, Stash spotkał los bycia wyprzedzającym swoje czasy.
Co otrzymujesz: pieprzny pistacjowy akord, który niemal przechodzi w suchy kokos. Dymna bogatość brzozy, która przypomina mi trochę Black od Comme Des Garcons. Lekki kadzidło. Ambrowy piżmo. Wetiver. Grejpfrut. Bardzo lekka nuta kwiatowa. Szałwia. Nuty są bardzo wyraźne i klarowne.
Żadna z tych nut nie byłaby na miejscu w niszowym zapachu, ale prawdopodobnie były zbyt wymagające dla mainstreamowego zapachu celebryty w tamtym czasie. Jest również unisex, zanim stało się to modne, lekkie, suche i zdecydowanie pozbawione mdlącej słodyczy.
To musi być perfum, który SJP zaproponowała jako pierwszy, gdy po raz pierwszy pojawił się pomysł na perfumy z jej nazwiskiem. Powiedziano jej wtedy, że rynek nie jest gotowy, a nawet gdy Stash został wprowadzony na rynek, okazało się, że wciąż nie był gotowy.
Jednak to twoja korzyść i moja. Fakt, że możesz kupić butelkę za mniej niż dwadzieścia funtów, to prawdziwa okazja. To dla mnie idealny zapach na jesień, a kiedy co roku wyciągam go z przechowywania, zawsze jestem zaskoczony, jak dobry jest. Szkoda, że butelka - jest sporo parowania tylko z pozostawienia jej w spoczynku, a to wydaje się być powszechnym problemem, z tego co czytałem. Mimo to, w tej cenie, łatwo kupić zapasową butelkę, nawet dwie.
Spodziewałem się, że to będzie podobne do CdG Avignon, ale wow, wcale nie jest takie. To naprawdę ładne i kwiatowe, czuję jaśmin i irys. Staje się trochę słodkie z nutami ambry. Bardzo mi się to podoba.
Co za wspaniała ciekawostka: to rodzaj nieco krzywego gourmandu, ale jednocześnie przypomina dziwne, nieperfumowe zapachy, w których specjalizowało się Comme des Garçons.
Jest dostępny jako ekstrakt i EDP. Oba produkują mniej więcej ten sam zapach, ale są wykonane z zupełnie różnych składników.
Pachnie kawą i ciastem (suchym, chlebowym ciastem). Pachnie cytrusami i kwiatami. Pachnie również maścią, suchymi, zakurzonymi drogami, potem i upałem. EDP jest nieco słodsze, ekstrakt nieco bardziej pikantny. Niektóre nuty pojawiają się bardziej wyraźnie w jednym niż w drugim: EDP ma w pewnym momencie wyraźny zapach lukrecji, na przykład, a w tym drugim wyraźniej czuję kurz. Dziwnie, ekstrakt nie utrzymuje się tak długo na mojej skórze, chociaż gdybym miał wybierać między tymi dwoma, to prawdopodobnie wybrałbym ten. W obu przypadkach, i w większości linii Chronotope, zapachy wycofują się i pojawiają, gdy najmniej się tego spodziewasz, czasami wydaje się, że całkowicie znikają, a potem nagle na nowo pojawiają się z niespodziewaną siłą.
Nie musisz znać tła, aby docenić to: perfumiarz Carter Weeks Maddox podąża szlakiem pielgrzymkowym Camino de Santiago de Compostela, nie jako akt oddania, ale egzorcyzmu, cierpiąc na zniszczone, zakażone stopy i zatrucie krwi po drodze, karmiony kawą i ciastem migdałowym, przechodząc przez jałowe krajobrazy Hiszpanii. Choć możesz poczuć wszystkie te rzeczy w gotowym zapachu. Możesz również wyobrazić sobie to jako abstrakcyjną awangardową miksturę lub stworzyć własne scenariusze pasujące do podanych nut. Co jest pięknem perfumerii, przypuszczam.
Jak w przypadku wszystkich perfum Chronotope, tutaj widać silną inteligencję i intencję, ale to nie jest tylko intelektualne ćwiczenie: można poczuć emocje włożone w jego stworzenie. To naprawdę niesamowite i jest następne na mojej liście zakupów perfum, gdy fundusze na to pozwolą. Wszystkie Chronotopy, które do tej pory próbowałem, były prawdziwymi „growerami” i szybko stają się jednym z moich ulubionych domów perfumeryjnych.
Z pewnością rywalizując o największą liczbę nut wymienionych w jakimkolwiek perfumie, Al Bashiq jest klonem Meydan od Spirit of Dubai. Co rodzi pytanie, czy klon może być klonem, gdy jest własnością tej samej firmy?
Zakładam, że to ta sama formuła, ale skomponowana z tańszych składników. To, oraz poleganie na masowych wolumenach, aby zapewnić mniej więcej równoważne zyski w porównaniu do ich wersji premium.
Jak więc pachnie? Jest skórzany, drzewny, owocowy, z nutą sosny, która nadaje mu lekko stęchły, niemal medyczny charakter. Jestem pewien, że jest tam coś przypominającego kawę. W pewnym momencie przechodzi w wyraźnie barbershopowy teren, przekształca się w słodko kwiatowy kadzidło, a następnie w brudny, zwierzęcy, dość ciężki tytoń. Wszystko to jest dość standardowym terenem zapachów bliskowschodnich, ale mnogość składników sprawia, że zmienia kierunek często i niespodziewanie, co dodaje mu dodatkowego zainteresowania.
Bardzo mi się to podobało, ale ostatecznie nie do końca zadziałało: wydaje się trochę mętne i nieostre ogólnie, i zastanawiam się, czy przypuszczalnie tańsze materiały są za to odpowiedzialne. Z pewnością wydaje się, że czeka na uwolnienie naprawdę oszałamiający zapach, ale ten nigdy naprawdę nie nadchodzi. Szczególna nota niezadowolenia za tandetną, fałszywie metalową pokrywkę w kształcie orła, która wyraźnie oznacza go jako coś, co można zobaczyć na wystawie w sklepie z przecenami: od razu wylądowała w koszu. Byłbym naprawdę zainteresowany, aby powąchać oryginał, aby zobaczyć, czy udaje mu się skleić w sposób, w jaki ten nigdy nie robi dla mnie.
Intensywna eksplozja białych kwiatów i kwiatu pomarańczy. Celem tego zapachu musi być podkreślenie petitgrain, co rzeczywiście robi, ale jest tak kwiatowy, tak pozbawiony jakiegoś ciemniejszego składnika, który by to zrównoważył, że staje się zarówno męczący, jak i trochę mdły. Jest tam bardzo delikatny posmak cynamonu, ale jest ledwo wyczuwalny, więc nie spełnia tego, co sobie wyobrażam, że powinien robić, czyli zrównoważyć ten przenikliwy biały akord.
Staje się bardziej znośny w fazie dry down, ale wciąż nie mogę powiedzieć, że mi się podoba.
Antoine Lie stworzył kilka z moich ulubionych zapachów, ale ten to dla mnie prawdziwy nietrafiony wybór.