Orientalny, drzewny, przyprawowy zapach, który utrzymuje się i przenosi cię w ciepło pustyni oraz przyprawy jedwabnych dróg. Nie jest zbyt ostry, a jednocześnie wyraźny i gładki. Świetny zapach, który pasuje na każdą okazję, może nie na najgorętsze dni w roku, ale to już osobisty wybór.
Im więcej próbuję zapachów ELDO, tym bardziej uświadamiam sobie, że chociaż marka kreuje wizerunek producenta odważnych i nowatorskich kompozycji, ich zapachy są w rzeczywistości dość konwencjonalne, ale z delikatnym twistem (muszę przyznać, że nie próbowałem jeszcze notorious Secretions Magnifique).
Ten wizerunek zdaje się również wpływać na recenzje ich perfum. Przykład: Archives 69. Jest tak wiele osób, które klasyfikują ten zapach jako nie do noszenia, podczas gdy ja go wącham i myślę, że jest naprawdę ładny. A potem myślę, czy po prostu mam tolerancję na naprawdę dziwne rzeczy?
Cóż. Na początku jest to pieprzny kamfora, a następnie osiada na kadzidlano-kwiatowym rdzeniu, który czasami dziwnie pachnie jak róża, chociaż w nutach wymieniona jest jako orchidea waniliowa. Nie mam pojęcia, jak pachnie ten konkretny kwiat, ale podobno pachnie jak róża. Są też słodkie owocowe nuty, z wyraźnie wyczuwalną śliwką, a także dziwnym powiewem pomarańczy. Na koniec pojawia się zwierzęcy, piżmowy paczuli, który wszystko uziemia i zapobiega, by był to rozproszony, niepowiązany miks zapachów. Na końcu osiada na łagodnym, pudrowym kadzidle.
Bardzo mi się to podoba i to moja ulubiona kreacja ELDO na bardzo długi czas. Nadal nie wydaje mi się szczególnie eksperymentalna, a to może częściowo dlatego, że jest doskonale zbalansowana. Szacunek dla Christine Nagel za to, że udało jej się to osiągnąć. Możliwe, że zakup pełnej butelki jest na horyzoncie, gdy tylko skończę moją małą próbkę.
Tania alternatywa dla Wood Sage and Sea Salt, ostrzejsza w tonie i z większą treścią. To czysty i minimalistyczny wetiwer, gorzki i trochę ziołowy, z solnym morskim powiewem oryginału.
Relatywnie krótko utrzymujący się (podobnie jak oryginał). Nie, nie jest tak subtelny, a ostrość grozi wywołaniem bólu głowy, przypominając mi o składniku, który znajduje się w niektórych kreacjach Issey Miyake, który wywołuje tę samą reakcję. Mimo to jest bardzo przyjemny i idealnie nadaje się na cieplejsze letnie miesiące.
Tak bardzo chciałem to pokochać. Zapachy morskie to moja pozytywna słabość, o ile nie wkraczają w przerażającą niebieską strefę, a scena, którą ma wywołać (spacer wzdłuż plaży w zimny, wietrzny dzień, fale ciemne i wzburzone) wydawała się idealna dla mnie.
I rzeczywiście w pewnym stopniu wywołuje tę scenę: ma ozonową jakość, powiew świeżości, a następnie przechodzi w słoną drewnianą bazę, która w jakiś sposób łączy się z czymś, co przypomina mi wosk świecowy. Pachnie bardzo przyjemnie: i to jest problem, mianowicie nigdy nie wychodzi poza sferę przyjemności. Chciałem być zachwycony, przeniesiony, stanąć twarzą w twarz z morzem w całej jego furii i chwale, ale jest zbyt łagodne na to, zbyt mdłe, a potem znika tak szybko, że nawet te początkowe skojarzenia znikają, a to, co pozostaje, to przyjemne połączenie wetiweru i drewna, które nie jest dalekie od wielu innych zapachów dostępnych na rynku.
Specjalna oferta z kosza okazji w TX Maxx. Cytrusowy cedr i skóra z przyjemnym, lekko gorzkim tłem sosnowym przekształcają się w coś lekko przyprawionego i kwiatowego. Baza to intensywny paczuli, który nie różni się zbytnio od nieumytej metalowej popielniczki.
To znacznie lepsze, niż mogłoby być w tej cenie. Nie ma tu nic strasznie radykalnego, a w pewnych momentach zbacza w kierunku terytorium Ombre Leather, ale ma więcej rozwoju i zainteresowania. Wcale nie jest złe jak na tanią wodę toaletową i warto to zbadać.
To jest wspaniałe, ale bardzo różni się od tego, czego się spodziewałem. Spodziewałem się zapachu niewiarygodnie bogatego arabskiego księcia, który palił 60 Marlboro Red dziennie. Zamiast tego, to jest dziwnie bliskie gourmandowi, szczególnie na początku, który jest eksplozją kozieradki, anyżu i lukrecji, zmieszanych z delikatnym karmelem i czekoladą. To Amouage, więc jest bardzo mocne, niewątpliwie zbyt intensywne nawet przy lekkim cieple w powietrzu, ale pozytywnie rozwija się w chłodniejszą pogodę.
Gdy się ustabilizuje, łagodnieje do bursztynowego kadzidła z dziegciem brzozowym, mocno z frankincense, lekko zwierzęcego, zmieszanego z piżmową różą. Nadal jest słodkie, nadal ziołowe i pikantne, ale znacznie bardziej stonowane (a więc, noszalne w towarzystwie). Dziwnie, w ogóle nie czuję tu tytoniu.
Jak w przypadku większości Amouage, jego siła oznacza, że konieczne jest oszczędne aplikowanie, ale to jedno z bardziej przystępnych dzieł tej marki, które nosiłbym w większości sytuacji.
Jedwabista część jest miła, ale kłóci się z drzewną częścią. To dla mnie nie.
Dojrzały, uwodzicielski, ale zabawny. Zyskuje wiele komplementów dzięki odważnemu irysowi w sercu zapachu. Świeży bergamot znika w ciągu kilku minut po spryskaniu, ale nuta kasztanowa, która następuje po nim, jest absolutnie marzycielska i utrzymuje się przez około 3-4 godziny. Mimo że na liście nut znajduje się whiskey, nie daj się tym zniechęcić. Nie ma tego mocnego, alkoholowego zapachu, ale bardziej dymne wykończenie. Utrzymuje się na ubraniach przez około 10 godzin.
Nie mogę się doczekać, aby nosić to częściej, gdy na zewnątrz zrobi się trochę chłodniej.
Ktoś nosi Tobacco Vanille, które, jak twierdzi, zostało zreformułowane przez obcych, a wąchając je, nie jesteś pewien, że tak nie jest.
W tym samym czasie miażdży gabalnum w nieumytej metalowej popielniczce, zanim nagle to porzuci, decydując się zamiast tego odtworzyć "Zmienione stany" Kena Russella, wspinając się do pustego ocynkowanego zbiornika na wodę.
Jednak to kończy się katastrofą, ponieważ zapominają go napełnić wodą. Pokonani, leżą tam na podłodze, wpatrując się w szare, wypolerowane ściany i postanawiają spalić trochę kadzidła, zanim stracą przytomność.
Podejrzewasz, że ta osoba mogła przyjmować znaczne ilości halucynogenów.
To taki dziwny zapach. Używa kilku składników, które normalnie kojarzyłbyś z ciepłym, pocieszającym aromatem, ale równoważy je wyraźną miedzianą nutą, tworząc coś zimnego i wyraźnie niepokojącego. Nie noszę go często, ale kiedy już to robię, w pewnym sensie go uwielbiam.
Wyobraź sobie, że ktoś wziął kilka kilogramów najtańszego pachnącego potpourri, destylując to do kilku kropli najostrzejszego i najbardziej intensywnego zapachu, który sprawia, że twoje włosy w nosie zapalają się, jeśli ośmielisz się zbliżyć do niego w promieniu 50 metrów, a masz Oud al Layl.
Więc to był scrubber. Właściwie pięciokrotny scrubber, ponieważ tyle prób zajęło pozbycie się tej niewypowiedzianie ohydnej, uporczywej mikstury. Po czwartej próbie zmniejszył się do poziomu, w którym był znośny i pojawiła się sugestia, że gdzieś wśród tej okropnej, przekraczającej wszelkie granice kreacji, zaczynał się zarys umiarkowanie znośnych perfum. Ale szczerze mówiąc, to chyba jedyny pozytyw, jaki mogłem znaleźć: są zapachy, które są wyzwaniem, ale które nagradzają badania, a są też inne, które są po prostu obrzydliwe, niezdarne i tanie. Oud al Layl należy do tej drugiej kategorii.
Czytelniku, nienawidziłem tego (jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś).
Ładny, słodki zapach bursztynu. Używam go do warstwowania. Bardzo uniwersalny i przystępny cenowo.
Ktoś rozkruszył tubkę cukierków parma violets, wsypał je do pełnej torby kosmetyków, a następnie dobrze wstrząsnął, przez co zawartość rozsypała się do wnętrza.
Po tym wszystkim, cała mikstura została wylana na ciebie, gdy siedzisz w cieniu drzewa lilakowego, popijając sok pomarańczowy.
To jest słodkie i kwiatowe, bardzo pudrowe i czasami bardziej niż trochę mdłe. Częściowo ratuje to baza z paczuli i bursztynu, a gdyby ta nuta była nieco bardziej wyeksponowana, zapewniłaby lepszą równowagę ogólnie.
Reklamowane jako perfumy dla młodych, beztroskich kobiet, przypomina mi raczej coś, w co oblewałaby się pani Slocombe z Are You Being Served, przygotowując się do dnia spędzonego przy ladzie sklepowej, patrząc na wszystkich klientów z wyniosłym wyrazem twarzy.
Dziwnie, ale nie całkowicie mi się to nie podobało, ale jako perfumy, to kompetentna, ale raczej niepozorna kreacja, która nie wyróżnia się zbytnio, zanim nie zniknie w zakurzonym różowym powiewie anonimowości.
Nigdy nie mogę zrozumieć strategii marketingowej Issey Miyake: niektóre z ich najlepszych wydania wydają się mieć bardzo ograniczoną dystrybucję i znikają bez śladu. Z drugiej strony, to wydanie wydaje się otrzymywać znaczną promocję. Może to dlatego, że mają złotego chłopca Quentina Bisch na czołowej pozycji, albo może myślą, że mają w rękach pewny, masowo przyjemny zapach.
A takim z pewnością jest. Jest czysty i minimalistyczny, ozonowy i oceaniczny, co oznacza, że na początku ma ten słony, wodorostowy zapach, zrównoważony łagodną, ściągającą nutą imbiru. Czasami wydaje się wręcz pudrowy. Osadza się na mechach dębowych i drewnie, z nutą wetiweru, towarzyszy mu charakterystyczny metaliczny posmak Bisch.
Kilka rzeczy mnie zaskoczyło w tym zapachu. Jedną z nich była jego powściągliwość, a drugą to, jak skutecznie Bisch zdołał zintegrować swój styl z DNA Miyake. Wiele zapachów Miyake ma ostry, niemal tępy, przenikliwy akord, który dominuje, zwłaszcza na początku. Ten zapach udaje się tego uniknąć, ale jednocześnie jest niewątpliwie dziełem domu. Jest dobrze skomponowany, a chociaż nie ma w nim nic szczególnie oryginalnego, pachnie naprawdę przyjemnie. Jest w tym coś bardzo surowego i przejrzystego, i łatwo można sobie wyobrazić, że jego nosiciel zajmuje jedno z tych nieprzeładowanych, przekształconych magazynów w nowojorskich loftach, które kiedyś wszyscy wydawali się desperacko naśladować.
Jest zdecydowanie mainstreamowy i nie ma tu nic, co by przesuwało granice, ale takie zapachy również mają swoje miejsce. Mogę sobie wyobrazić, że pasuje do prawie każdego rodzaju otoczenia i w większości pór roku: w tym sensie jest niemal podręcznikowym przykładem zapachu na każdą okazję. Nie jestem pewien, czy zapłaciłbym pełną cenę za to, ale mogę być skuszony, jeśli butelka stanie się dostępna na szarym rynku.
Podróż w kosmos. A może w głąb siebie. A może w obie te strony. Przesadny opis inspiracji zapachu z pewnością to sugeruje, podobnie jak promocyjny film inspirowany 2001, który towarzyszy jego premierze. Dużo mówi się o supernowych, nieskończoności i wibracjach kosmicznych ambrowych nut. Jak dotąd, wszystko brzmi bardzo tajemniczo.
Zignorujmy to wszystko: jak właściwie pachnie ten zapach? Właściwie całkiem pięknie. Wykorzystuje podstawowe składniki i łączy je w niespodziewany sposób. Otwarcie, pieprzny wybuch kadzidła? Jakoś błyszczy. Juniperowo-drzewny podton ma niespodziewaną przestronność i głębię. Brudna, mineralna baza ambrowa jest ciemna i trochę dezorientująca. Rzeczywiście przywodzi na myśl kosmos, lub ideę kosmosu, podczas gdy rzeczywistość jest znacznie mniej apetycznym zapachem spalonego mięsa, prochu strzelniczego i moczu.
Jak wszystkie perfumy Rubini, ten odkrywa swoje sekrety powoli. Noszę go dużo przez ostatnie kilka miesięcy, a za każdym razem nowy aspekt się ujawnia. Rozkwita również na świeżym powietrzu, a zwłaszcza w zimnie, co pozwala poszczególnym nutom naprawdę się ujawnić. Zarówno ambitny, jak i głęboko romantyczny, to prawdopodobnie mój ulubiony z całej linii, wyprzedzający zapach tłustych ogrodnic i benzyny Nuvolari. Jestem nim trochę oczarowany.
Na początku pudrowa róża, w ogóle nie wyczuwam wymienionych nut fiołka. Jest tu przebiegły akcent maliny, dość miękka skóra i ledwie wyczuwalny zapach spoconego kuminu. Początkowo wydaje się dość łagodny, ale co jakiś czas składniki zdają się intensyfikować w niemal agresywny sposób, zanim znów ustąpią. Z czasem dominują nuty skórzane, podczas gdy jednocześnie stają się intensywnie pudrowe. Na koniec następuje długi dry down, kiedy przez przebija się nieco zwierzęcy bursztyn.
Chociaż putain w nazwie prawie na pewno odnosi się do kobiety, wydaje mi się, że to dość uniseksowy zapach, więc równie dobrze może odnosić się do mężczyzny, a rzeczywiście, mężczyzna mógłby go nosić dość łatwo (bez podtekstów). Przyjemny, dobrze wykonany mainstreamowy zapach, nie jest wcale tak odważny, jak sugeruje jego nazwa, i bardziej przypomina nie tyle cielesność w francuskim boudoir, co osobę o wątpliwych standardach higieny, która maskuje zapach nadmiernym użyciem makijażu.
Bardzo lekko przypomina koci mocz (czarna porzeczka?), miętowe otwarcie, tymianek, a oczywiście, jako że to Guerlain, jest bardzo słodkie. Ta słodycz trochę psuje mi odbiór, ponieważ odchodzi od świeżości, którą wolałbym, aby ten typ zapachu miał. Są też aldehydy, które mogą to trochę uratować. Muszę zobaczyć, dokąd to zmierza, ale na razie to dla mnie niewypał, zwłaszcza z tej drogiej linii prestiżowej.
Ktoś opróżnił świeżo napełnioną pieluchę dla niemowląt i kilka kropli esencji waniliowej w twoim ogrodzie różanym. Odżywione, róże odpowiadają krótkim i intensywnym kwitnieniem, zanim wrócą do lekkiego, przezroczystego zapachu, który unosi się w bezruchu powietrza.
Po przejściu przez nieprzyjemny otwierający akord oud, to jest bardzo wyrafinowany zapach róży, który przylega blisko skóry. Najlepiej nadaje się na chłodniejsze dni, wieczorem. Będziesz musiał zainwestować w drugą hipotekę, zanim będziesz mógł kupić pełnowymiarową butelkę.
W dymnym, fetidnym ciemnym pokoju The Anvil, w przypływie rozwiązłości, czyjeś spocone skórzane jockstrapy zostały porzucone na poplamionych sosnowych podłogach. Podnosisz je i wąchasz.
Ciężki skórzany zapach zwierzęcy, z nieoczekiwaną, lekko słodką nutą, która od czasu do czasu przebija się na wierzch. Wysycha do spokojnej, połączonej kombinacji mirry i przypraw. Trwałość jest imponująca, sillage umiarkowane. To był zakup w ciemno i jest całkiem wspaniały.
Bardzo zielony, nieco mleczny zapach na początku. Przypomina mi mleczny sok, który wydobywa się z niektórych roślin, gdy łodygi są łamane. Czuję też czerwone jagody, a w mieszance jest coś prawie jak lukrecja, ukryte głęboko w kompozycji. W miarę rozwoju zielony zapach pozostaje, ale tekstura staje się lekka, a następnie pudrowa, z delikatnym akcentem pieprzu. Wciąż w jakiś sposób daje wrażenie czegoś kremowego, białego, a jednocześnie zielonego.
Miałem trudności z dokładnym zidentyfikowaniem, co to za zielony zapach, aż zobaczyłem bambus w liście nut, co ugruntowało tę bardzo szczególną pamięć zapachową, jedną z tych, które przywołują wspomnienia z zagranicy, z gajów bambusowych, w gorący, wilgotny dzień, kiedy zapach unosił się prawie gęsto w powietrzu.
Lekki i delikatny, szybko zanika, chyba że jest nadmiernie aplikowany, w takim przypadku pozostaje obecny przez rozsądny czas. Jest bardzo zen, bardzo uspokajający i dość piękny.
To był pierwszy perfum, który kupiłem wiele lat temu, w połowie lat 90. Wydawał się zarówno niewiarygodnie drogi (butelka wtedy kosztowała mniej więcej tyle, co butelka teraz), jak i całkowicie unikalny. Przypominał mi linię odzieżową Issey Miyake, która często pojawiała się w magazynach takich jak The Face, była przycięta i minimalistyczna, a jednocześnie zabawna w sposobie, w jaki eksperymentowała z formą. Noszę go codziennie przez lata.
Ostatnio, w przypływie nostalgii, kupiłem butelkę ponownie. I wciąż pachnie dobrze. Jest początkowy wybuch cytrusowego sorbetu, który w tamtym czasie myślałem, że to cytryna, ale teraz wiem, że to yuzu. Kwiatowe nuty są również bardziej oczywiste, białe kwiaty, coś, co umknęło mi przez te wszystkie lata, kiedy był moim codziennym zapachem. Gdy się ustabilizuje, yuzu wciąż tam jest, ale jest mniej dominujące, a przyprawy - szczególnie gałka muszkatołowa i drzewo sandałowe - mają szansę się ujawnić.
Wciąż wydaje się bardzo czysty i minimalistyczny i wciąż nie ma nic, co byłoby do niego podobne. Trwałość jest gorsza niż pamiętam, ale nie wydaje się, żeby oddalił się daleko od swojej pierwotnej formuły.
To trochę klasyczny zapach projektanta, który bardzo dobrze zniósł upływ czasu.
Albo: dlaczego wciąż kupuję te blinde klony z Bliskiego Wschodu?
Na początku mamy ogromny wybuch stęchłego mango i szafranu... subtelność nie jest tu w modzie. Mimo siły zapachu, udaje mu się być jednocześnie mdły i chorobliwy.
Następnie, z jednego ekstremum w drugie, przechodzi w pudrową ozonową zamsz, zmieszaną ze słodką cytrusowością, w momencie, gdy staje się mniej więcej zapachem skórnym.
Ta faza nie jest nieprzyjemna, ale brakuje jej czegoś, czegoś ostrzejszego i trudniejszego do skontrastowania lub podkreślenia dominujących nut. Jak jest, jest dość anonimowy i, co gorsza, ostatecznie dość nudny.
A żeby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego wciąż je kupuję? Ponieważ a) są tanie i b) czasami natrafiam na absolutny hit zapachowy. Masa, niestety, nie jest jednym z nich. Odpuść.
W rogu ogrodu wyciekła podziemna rura, a w centrum stałego basenu z rdzawej wody rośnie zielony i gorzki gabalnum. Ktoś stoi blisko, paląc jednego papierosa za drugim. Ma na sobie skórzane chapsy i niewiele więcej. Kiedy zauważa, że go obserwujesz, rozkłada się na pobliskiej drewnianej ławce i mruga do ciebie w sposób sugerujący „przyjdź i weź mnie”. Zauważasz, że nosi ciężki złoty medalion, który wisi na jego wyraźnie owłosionej klatce piersiowej.
Rzekomy klon Noir Anthracite od Thoma Forda, który z kolei był wyraźnym ukłonem w stronę zapachów z lat 70. w barbershopach, naprawdę zajmuje terytorium „inspirowane”, w przeciwieństwie do bycia czystym klonem. Jest bardzo zielony, krzykliwy w swoim otwarciu, ale to naprawdę ta popiołowa metaliczna nuta podnosi go na wyżyny.
Niedrogi, długo utrzymujący się i, ostatecznie, naprawdę dobry zapach. Niedoceniana perełka wśród mnóstwa przereklamowanych perfum z Bliskiego Wschodu, z których większość rzadko dorównuje poziomowi uwagi, jaką im poświęcono.
Jesteś w kościele Hawksmoor w Spitalfields, tym z surową, dominującą architekturą i źródłem czasami intrygujących, a czasami wręcz absurdalnych teorii spiskowych dotyczących okultyzmu.
Wewnątrz jest dymno, ciemno i zimno, ponieważ ktoś zgasił światła. Może to ksiądz, który wyszedł na szybkie papieroska. Jesteś ubrany w skórę, ssąc cukierek anyżowy i z jakiegoś powodu trzymasz w ręku pęk starych, pożółkłych gazet. Zapach spalonego kadzidła wniknął w kamienne ściany. W budynku nie ma nikogo innego, ale, co niepokojące, słychać ruch z krypt poniżej.
To jest dość wspaniałe. Łagodniejsze w intensywności niż niektóre inne zapachy z linii Beaufort, jest, trochę jak kościół, który je zainspirował, na początku zimne i nieprzyjazne, ale zyskuje na ciepłocie w miarę jak się rozwija, zanim znów powróci kamienna zimność. Jeden z moich ulubionych zapachów z linii Beaufort i jeden z bardzo nielicznych, które rozważałbym nosić w środowisku pracy.
Bardzo mocny i ciemny zapach dżemowej róży, który jest łagodzony metalicznymi nutami. Jest zarówno luksusowo dekadencki, jak i zdystansowany, jakby Berlin, w którym się rozgrywa, był epoką Weimaru, z hedonizmem coraz bardziej przyćmionym przez zagrożenie zsiadłym nacjonalizmem i wojną.
W miarę jak to zanika, róża osiada w kolejnej sprzecznej kombinacji: miodowych, ziemistych zwierzęcych nut.
To nie jest przytulny twór: jego piękno ma ostrze, i można zrozumieć, dlaczego tak wielu recenzentów uważa, że ma gotycki urok. Dla mnie obrazy, które przywołuje, są bardziej nowoczesne: to zapach kogoś podróżującego przez ekscytujące, ale wymagające miasto, elegancko ubranego, w drodze na nielegalne spotkanie.
W zależności od tego, jak lubisz swoje róże, możesz uznać to za nieco zbyt surowe lub ciemne. Z pewnością nie jest to pocieszający zapach, ale jest to dziwny i piękny zapach.