Sarah Baker Loudo to zapach, który na mojej skórze wydaje się istnieć w dwóch odrębnych rzeczywistościach. Na jednym nadgarstku chodzi o komfort i nostalgię - stęchłe, kremowe mleko czekoladowe w proszku, które w jakiś sposób wciąż udaje się być absolutnie pyszne. To tak, jakby natknąć się na zapomnianą puszkę z tyłu szafki z dzieciństwa, której zapach otula cię słodyczą, która jest zarówno znajoma, jak i nieco dziwna. (Prawdopodobnie ze względu na aspekt podróży w czasie, aby go zdobyć.) Ale odwróć się do drugiego nadgarstka i nagle ziemia przesuwa się dziko pod twoimi stopami. Tutaj Loudo ujawnia swoją dziką stronę - ostrą i sfermentowaną, z ziemistą, skórzaną, pierwotną dziwnością i dymnym posmakiem, który chwyta za gardło. To tak, jakby sam czas zakwasił się i zmienił, przekształcając niewinne wspomnienia w coś trzewnego i niepohamowanego. Kontrast jest szokujący, a jednocześnie dziwnie pociągający. Wącham go kompulsywnie, próbując pogodzić te dwa aspekty Loudo. Czy jest to słodkie przypomnienie tego, kim byłem, czy też spojrzenie na dziwną bestię, jaką stała się moja przeszłość? Być może jest to jedno i drugie, zapachowe przypomnienie tego, jak nasze wspomnienia fermentują i mutują, pozostawiając nam coś ledwo rozpoznawalnego, ale niezaprzeczalnie będącego częścią nas.
Waniliowy promień księżyca przedziera się przez labirynt luster. Jedwabne pnącza jaśminu rozplatają się z negliżu księżyca, splatając się w welon, który otula śpiące miasta. Srebrzysta sieć łapie miękkie, blade fragmenty snów - na wpół zapamiętany pocałunek, dotyk chłodnego pustynnego powietrza, szelest niewidzialnych skrzydeł. Kropla płynnego światła spada przez warstwy rzeczywistości, święta girlanda łez i gwiezdnego pyłu kwitnącej nocy. Powolny upływ czasu w księżycowym krajobrazie, uchwycony w sennym, przydymionym, bursztynowym szkle.
W głębi zarośli soczyste, fioletowe kule otwierają się, rodząc rój gruchających, galaretowatych stworzeń, które rozmnażają się z alarmującą prędkością. Lepki nektar jagodowy kapie z sękatych gałęzi, przekształcając te świergoczące kąski w psotne chochliki, które przemykają przez zarośla, a ich liczba podwaja się z każdą złamaną gałązką. Starożytne drzewa jęczą pod ciężarem rosnącej hordy, ich drzewne westchnienia mieszają się z owocowym szaleństwem. Podłoże lasu pulsuje, żywy dywan roślinności, który drży i rozszerza się, wypuszczając więcej pachnących jagodami diabłów z każdym drżeniem. Każdy oddech wciąga powietrze gęste od frenetycznej, pachnącej energii, gdy te dżemowate juggernauty opanowują las, a ich słodka symfonia wzrasta do gorączki. Niegdyś spokojny gaj zamienia się w stale powiększający się labirynt jagodowego zamieszania, pozostawiając odwiedzających oszołomionych we mgle mnożących się aromatów i hałaśliwego, owocowego pandemonium.
Beelzebub wjeżdża na Bike Week, jego obecność to burza limonki i skóry. Starożytne skrzydła, pogniecione jak wysłużona kurtka, wyginają się, gdy chwyta chromowaną kierownicę, śliską od skroplonej margarity. Powietrze trzeszczy od elektryczności, mieszając cytrusy z piekielnym gorącem w mocnym koktajlu. Pod jego kołami ziemia wydaje z siebie głęboki, ziemisty jęk - mieszankę dymu i bezbożnej gleby, która mówi o rozległych, nikczemnych podziemnych królestwach. Na obrzeżach miasta podjeżdża do wszechobecnej kawiarni, a aromat sezonowej waniliowej latte przecina piekielną mgłę. Barista, niezrażony siarkowymi oparami, mruży oczy na ekranie zamówienia i pyta z wyćwiczoną wesołością: "Czy to dla Beelza, czy dla Bubu?". Władca Much przyjmuje swoją parującą filiżankę, a jego "dzięki, kochanie" wykrzykuje głosem, który jest po części marzeniami wędkarza, a po części echolokacją chiropterana. Z ostatnim obrotem, który brzmi jak otwierające się wrota piekieł, Belzebub odlatuje w stronę zachodzącego słońca, pozostawiając za sobą ślad o waniliowym zabarwieniu siarki i najsłabszy zapach limonkowej skóry.
Spędziłem niezliczone godziny na YouTube oglądając podróżników przemierzających odległe japońskie góry w poszukiwaniu ukrytych onsenów. Macaque wyczarowuje to, co wyobrażam sobie w tych chwilach przed wślizgnięciem się do tych naturalnych gorących źródeł: gwałtowny wdech, gdy górskie powietrze wypełnia płuca, ożywcza jasność, która szczypie jak cytrusy bez śladu słodyczy. Następnie pojawia się sucha ziołowo-drzewna lecznicza obecność drewna cyprysowego rozgrzewającego się w słońcu, a na koniec kontemplacyjny dryf kadzidła przenoszonego przez prądy termiczne. Jego dym jest tutaj inny - zmiękczony i rozproszony przez unoszącą się parę, aż staje się niemal dotykalny, jak jedwab zawieszony w powietrzu. Jest coś świętego w tej samotności dymu i pary, coś, co przypomina pokłosie gorącego prysznica, ale bardziej ziemskie, bardziej starożytne - mniej o mydle niż o cichym rytuale oczyszczania, z zaledwie szeptem bogatego w minerały powietrza. Trwałe wrażenie to raczej ciepło zapamiętane niż odczuwane, jak późne popołudniowe słońce utrzymujące się po tym, jak dzień zaczął się ochładzać.
No. 23 z Fischersund to gęsto smolisty i skórzany zapach, zwęglone drewno i pieprzny dym, który wysycha we włosach jak zielony, aromatyczny mech i balsamiczne igły jodły i sosny. Kojarzy mi się również ze słoną lukrecją i hangikjöt - ale nie z cukierkami i prawdziwym wędzonym mięsem. Raczej gorzki, ziołowy posmak, przypalona i tląca się brzoza i jałowiec oraz duch spieczonych białek? Jest stygmatyczny, enigmatyczny i ponury, i może tak właśnie pachnie mój sobowtór, który właśnie wyszedł z burz popiołowych Katla i wędrował przez las Jordskott. (Zdaję sobie sprawę, że tymi odniesieniami mieszam zarówno islandzki, jak i szwedzki przerażający horror - katastrofalne nadprzyrodzone wulkany i przepowiednie o złych lasach - ale nieważne!).
Imponująco intensywny dla miłośników oudu. Ma ten wieloaspektowy zapach oudu, a poza tym nie ma wiele do powiedzenia, chociaż nie mam wątpliwości, że olejek został rozszerzony i uzupełniony, ponieważ wciąż wydaje się być perfumami, a nie tylko olejkiem oudowym. Nie znalazłem go szczególnie zwierzęcego ani śmierdzącego, ale doradca, który spryskał go na karcie dla mnie, mimo że mocno namawiał, zdradzał swoje prawdziwe odczucia mową ciała, był widocznie odrzucony tym zapachem. Myślę, że jest w porządku, po prostu drogi, ale czy wszystko nie jest teraz drogie?
Bois d'Ascese to zapach skonstruowany w typowy dla Naomi Goodsir sposób, co oznacza, że śmierdzi - ale nie w zły sposób. Zapach ten jest bardzo mocny, z łatwością wypełni całe pomieszczenie i zdecydowanie nie będzie dla każdego; nie ma tu masowej atrakcyjności. Brutalnie silna nuta lepkiego, siarczystego labdanum w połączeniu z absurdalną ilością kadzidła daje ten intensywnie dymny i gęsty aromat, jeśli mam być całkowicie szczery, pachnie prawie jak spalony grill. W połączeniu z pikantnym cynamonem, suchym tytoniem liściastym i płonącą whisky daje więcej pewności siebie, niż można sobie z tym poradzić. Jeśli nosisz ten zapach, będziesz pachnieć, jakby twoje ubrania paliły się przez cały dzień, więc weź to tak, jak chcesz. Jak to często bywa w przypadku tego domu, ten zapach jest wyjątkowo dobrze wykonany i pachnie fantastyczną jakością, ale po prostu nie jest to coś, co bym nosił. Nie chcę pachnieć, jakbym się palił.
Cuir Velours to zapach, o którym wiele słyszałem, wydaje się być jednym z najpopularniejszych od Naomi Goodsir. Czy jest ładny? Tak, pachnie świetnie, ale nie mogę powiedzieć, że mnie zachwycił, jeśli mam być szczera. To przyjemnie gładki zamszowy zapach, tak gładki, że prawie pachnie maślanym i kremowym - co jest świetne. W tle unosi się delikatna nuta nieśmiertelnika, która dodaje zapachowi znacznej suchości - niemal zakurzonej i papierowej. Dymny tytoń pogłębia ten efekt, a labdanum wzmacnia skórzany charakter. Ogólnie zapach jest świetny, ale mam wrażenie, że czegoś mu brakuje. Jest tak gładki, miękki i nieszkodliwy, że zaczyna mnie nudzić. W przeciwieństwie do wielu innych Naomi Goodsirs, które wypróbowałem, które wydają się mieć motyw przewodni czegoś śmierdzącego i dziwnego. Jest przyjemny, ale mnie nie ekscytuje.
Mossy Bridges to odtworzenie dawno wycofanego Moss Breches Toma Forda, zapachu, którego niestety nie miałem okazji powąchać, więc nie mogę porównać, jak bardzo jest on zbliżony. Mogę powiedzieć, że pachnie absolutnie fantastycznie. Opisałbym go jako ziołowe niebo. Jest o wiele ostrzejszy niż się spodziewałem, jak brzytwa. Intensywna, świeża ziołowość rozmarynu, szałwii i estragonu jest fantastycznie zielona i męska, łagodzona bogatą drzewnością cedru i ziemistej paczuli. Wosk pszczeli nie jest tak wyraźny, jak myślałem, że może być, oferując jedynie subtelną nutę słodyczy, która jest ledwo zauważalna. Jeśli chcesz pachnieć jak zioła, to jest to zapach dla Ciebie - co niektórzy mogą uznać za pozytyw lub negatyw. Ja postrzegam go jako pozytyw, ponieważ jest jak nic innego, czego próbowałem wcześniej. Nie jestem pewien, czy to dla mnie prawdziwa miłość, ale to naprawdę imponujące perfumy i naprawdę wyjątkowe.
King Blue został opisany jako jeden z najbardziej śmierdzących i zwierzęcych oudów na rynku masowym, ale nie jestem pewien, czy się z tym zgadzam. Zdecydowanie ma w sobie ostrą brutalność, która jest niezwykle odważna dla tego, co staje się bardzo mainstreamowym domem - myślę, że to świetnie. Jest odświeżający na rynku pełnym nudnych różanych zapachów, które wszystkie pachną tak samo. Nuta oudu, która, jak zakładam, jest tylko akordem, pachnie niesamowicie. Jest suchy, ziemisty i dymny w jednym, utrwalając mrok z dodatkowymi nutami skóry i paczuli. Kadzidło jest tym, co nadaje mu tę suchą, dymną, niemal drapiącą jakość, która jest pięknie złagodzona subtelną soczystością czarnej porzeczki i mandarynki. Chociaż uważam, że jest świetny, nie kocham go absolutnie, co oznacza, że jest mało prawdopodobne, że kupię sobie butelkę. Lubię ten zapach, ale nie czuję się w nim jak ja, nie pasuje do mojego zwykłego stylu. Ale w świecie owocowych zapachów oud jest to wyróżniająca się wersja.
To odurzający zapach. Taki, który pozostanie najlepszym JP DNA w historii.
Nie wyczuwam ambry. Z drugiej strony, po około godzinie niewiele czuję. Otwarcie jest bardzo świeże i zielone, ale szybko zanika do niczego.
1872 for Men to cudownie wyrafinowany i wyrafinowany zapach dla klasycznego dżentelmena. To pięknie gładkie i delikatne podejście do klasycznego aromatycznego fougere - emanujące klasą i elegancją na każdym kroku. Jest jasny, cytrusowy i lekko ziołowy, ale doskonale równoważy ostrość z równie dużą gładkością. Królują tu cytrusy - limonka, grejpfrut, mandarynka i bergamotka w doskonałej harmonii, ze słodszymi akcentami ananasa w tle. Od tego momentu aromatyczna ziołowa strona zaczyna świecić; petitgrain, lawenda, rozmaryn i szałwia w całej okazałości. Pojawia się subtelna nuta rozmytej brzoskwini, która ponownie dodaje owocowej słodyczy, ale także wygładza wszystko swoją kremową naturą. To w zasadzie większość profilu zapachowego, jest tu trochę drewna i kwiatów, ale nie są one zbytnio wyczuwalne. Ogólnie uważam, że jest wspaniały - nie jest to najbardziej złożony lub imponujący zapach, jaki kiedykolwiek wąchałem, ale jest po prostu tak satysfakcjonujący i przyjemny w noszeniu.
Blonde Amber zawsze był jednym z najpopularniejszych zapachów od Clive'a Christiana, ale w ostatnim roku szczególnie zyskał na popularności - winię za to TikTok. Wiele osób twierdzi, że jest to najlepszy zapach na zimną pogodę na rynku; nie jest, nie na dłuższą metę. Wciąż jednak jest przyjemny; przytłaczająca słodycz suszonych owoców i gładka tonka bardzo dobrze uzupełniają suchy tytoń i dymne żywice, z odrobiną gorzkości, aby utrzymać go interesującym. Jednak, jak to często bywa w przypadku Clive'a Christiana, nie pachnie tak drogo, jak jest w rzeczywistości. 500 funtów za to jest nieprzyzwoite, nie zapłaciłbym za to ponad 150 funtów i powodzenia w znalezieniu go w tej cenie. Podoba mi się ten zapach, ale pod wszystkim, co mi się w nim podoba, jest po prostu utrzymujący się zapach taniości, po raz kolejny naprawdę nie wiem, dlaczego tak bardzo go reklamowano.
Amberwood jest interesujący, mam trudności z podjęciem decyzji, czy mi się podoba, czy nie. Jedno jest pewne, Clive Christian przesadza z ceną za taki zapach. Jest prawie boleśnie nudny, irytująco prosty i trochę drapiący. Z nazwą taką jak Amberwood, byłbyś tak samo zaskoczony jak ja, że nie wyczuwam żadnego związku z bursztynem. Jest to rodzaj aromatycznego zapachu drzewnego, z przytłaczającą syntetyczną piżmowością, która otula wszystko. Na pierwszy plan wysuwa się szałwia, której wytrawne, lekko zielone nuty dość dobrze komponują się z syntetycznym piżmem i drewnem. Szczerze mówiąc, pachnie przyjemnie, ale też tanio. Miałem podobny problem z Rock Rose, za zapach za 500 funtów chcesz pachnieć jak członek rodziny królewskiej, podczas gdy ten będzie pachniał jak Superdrug. Dlaczego mieliby sprzedawać tak tani i podstawowy zapach jako luksusowy? Być może nigdy się tego nie dowiemy.
X Masculine to ikoniczny i niezaprzeczalnie fantastyczny profil zapachowy w świecie niszowych perfum męskich. Nie ma nic innego, co pachniałoby podobnie, poza tymi, które go skopiowały. Pachnie jak fougere połączone z orientem, ale głównie jako ciepły korzenno-orientalny zapach. Otulające ciepło gładkiego kardamonu i pikantnego cynamonu zajmuje centralne miejsce, a imbir i bergamotka dodają świeżej pikanterii. Wszystko to spoczywa na bogatej, drzewnej bazie złożonej z nut drzewnych, kwiatowych i wetywerii. Podróż tego zapachu to walcząca dychotomia pikantnej świeżości z rozgrzewającymi przyprawami - i jest fenomenalna. Jest bardzo podobny do Reckless Pour Homme marki Roja, a może powinno być odwrotnie, biorąc pod uwagę, że był pierwszy. Jednak, jak to Roja zwykle robi, uważam, że jego iteracja tego profilu zapachowego jest znacznie lepsza, ponieważ wydaje się gładsza i bardziej wyrafinowana. Jednak Clive Christian musi być szanowany za pomysłowość takiego profilu zapachowego.
Zaskakująco przyjemny, bardzo orzeźwiający zapach na lato. Co bardziej zaskakujące, czuję go na skórze dłużej niż godzinę.
Piękny, złożony zapach, który rozwija się i powraca przez wiele godzin.
Zaczyna się od bogatego i słodkiego kremowego bursztynu waniliowego z dużą dawką ciepłego futrzanego piżma.
Początkowo przypominał mi brudniejszego kuzyna Grand Soir.
Piękna wanilia i oszałamiający bursztyn tańczą wokół kwiatów i przypraw.
Po wielu godzinach zmienia się w piękne bursztynowe piżmo.
Piękny, żywy i ciepły ze wspaniałym zwierzęcym mrokiem.
Na pewno na liście FB.
Na papierze (w przenośni) to wszystko, co zazwyczaj nienawidzę w perfumach. Owoce, tiare, rażące nuty, czekolada z owocami. Początkowy spray w sklepie na kartonik wywołał u mnie reakcję HEEELL nie, ale potem wkradł się w każdą moją myśl przez wiele dni. Zdołałem zdobyć próbkę i nosiłem ją na długi spacer po ogromnym parku latem, i to było niesamowite. Zużyłem próbkę w ciągu następnych kilku dni. Teraz mam pełną butelkę, a po kilku miesiącach byłem niepewny, obawiając się, że mogę ją znienawidzić, ale nie, jest niesamowita. Jak wszyscy mówią, jest na granicy między dojrzałym a zgniłym, ale to właśnie dlatego działa. To, co ratuje ją przed byciem nastoletnim, frywolnym tanim zapachem. Jest niepodobna do niczego innego, a obok M/Mink to jedyna rzecz, z którą warto się zaprzyjaźnić z Byredo.
ART. Niektóre z tych recenzji to czysta poezja, więc nawet nie czuję się jeszcze godny, by dodać swoje myśli. Dowiedziałem się o tym od Joe Smells Good na YouTube. Wysłał mi próbkę. On jest legendą. Zamierzam to nosić na Halloween.
Dostałem próbkę od mojego kumpla Joe Smells Good na YouTube. Ostrzegł mnie, że to dziwna rzecz. Natychmiastowy scrubber. Przepraszam, nie mogłem wytrzymać. Agresywnie wkurzający, jaśminowy, przypominający kupę, chusteczki dla niemowląt, atak na nos. Wypróbuj to i użyj próbki, aby spryskać swoich wrogów.
Nałożyłem minimalną ilość na nadgarstek i ciągle do niego wracam. To jak kremowy łodyga kolendry i może trochę róży. Uważam, że jest dość kojący i unikalny. Nie rozumiem, o co całe to zamieszanie.
Przytulne popołudnie, ciepły sweter, spacer po lesie.