fragrances
recenzji
Mój zapach charakterystyczny
333 recenzje
Arquiste Architects Club to wyrafinowany waniliowy chypre z solnym powiewem atlantyckiego powietrza na końcu, co sprawia, że myślę o arystokratycznym przyjęciu na pokładzie jachtu na wodach międzynarodowych, eleganccy ludzie pijący gin z tonikiem. Może kobieta z kabiny 10 wpadła za burtę. Może jest jakaś tajemnica. Może nie; może kończy się jako bardzo intymny zapach waniliowej skóry.
Ostatni sezon pachnie tym, co żyje nieco głębiej pod leśnym dnem, w prywatnym, tętniącym mroku, gdzie nitki grzybni wiją się przez glebę, a małe stworzenia prowadzą swoje sprawy i przyjemności pod kamieniami. Odwróć pień, a tam jest wilgotny, organiczny wydech, trochę kichający-zaskakujący, trochę słodki, coś, co działo się cicho bez ciebie i wznowi się w momencie, gdy z powrotem położysz pień. Ma to niemal jakość ogniska, nie ognia dokładnie, nie płomienia ani ciepła, ale raczej popiół osiadający z powrotem w ziemi, dym wchłonięty w spiralną korę i chłodny mech, oraz miękkie ciała rzeczy. To jest świat, który Rien Poortvliet namalował z tak dziwną, życzliwą, ciekawą oddaniem, baśnie o gnomach, integracja rozkładu i domowości, ognisko pachnące gnijącymi liśćmi i dobrą, ciemną ziemią, dom, w którym dżdżownice są sąsiadami, a chrząszcze są powiernikami, a pleśń na belkach jest tam dłużej, niż ktokolwiek może pamiętać i należy tam, praktycznie trzyma to miejsce razem! Ten konkretny gnom ma delikatne serce i melancholijną nutę i zna wszystkie słowa do wszystkich piosenek Cavetown i Haley Heynderickx i prawdopodobnie pisze poezję o zapachu deszczu jesienią, sylwetce samotnej, drżącej dmuchawca w późne letnie wieczory.
Ellen Hutter siedzi na ławce na skraju szarego morza, czekając, a na horyzoncie, gdzie powinien być jej mąż, gdzie cień Nosferatu powinien się gromadzić... jest Fozzy Bear. Pienista sól mgły i miękki, ciepły piżmo, wełnisty i lekko absurdalny oraz absurdalnie szczery. Imbir i kurkuma przefiltrowane przez statykę, tak jak sygnał podróżuje po wodzie na małym telewizorze w przyciemnionym pokoju, obecny, ale złagodzony do ziarna. Scena jest melancholijna. Ocean jest szary. Fozzy jest tam daleko, robiąc co w jego mocy.
Nocny glamour-kryptyd, okryty swoimi aksamitnymi skrzydłami, z ogromnymi, owadzimi oczami przypominającymi antyczne lornetki. Żyje w pielęgnowanej ciemności, w zadbanych parkach za salami koncertowymi, w cienistej stronie fontanny, w topiarach o północy. Ma gust do rzeczy wykwintnych i wie, gdzie je znaleźć. Nie wiedziałeś, że jest na liście gości, ale oto oboje jesteście!
Mossowy, ambrowy i pieprzny, z żywiczną słodyczą, która bardziej przypomina nadzienie jakiegoś abstrakcyjnego ciasta z suchych traw i syropowych soków, zmielonych i osłodzonych żołędzi związanych w coś ciemnego i łuszczącego się. Bogaty i piżmowo-suchy, śliski, czający się. Powoli rozwija się obok ciebie na ławce, ogromne skrzydła się rozpościerają, zasłaniając księżyc, oczy ogromne i niewzruszone. Nie ma złych zamiarów. Po prostu przyciągają go te same rzeczy, co ciebie. Będzie miał to, co ty masz.
Eau Duelle szumi jak szept westchnień unoszący się przez trzciny z tego samego terytorium, które opisuje Algernon Blackwood w swoim opowiadaniu/noweli "Wierzby". Sucha wanilia, trawiasta i ziołowa, może nawet ryzomatyczna, kołysząca się, zmieniająca się i niespokojna. Brzęczenie miejsca, pusta wiatr. Srebrzyste światła bagienne, dziwaczne fantazje. Miękkie światło księżyca na niezliczonych szumiących liściach. Wanilia jako niezwykły antagonista szlaku przyrodniczego, dziwna opowieść, którą opowiadają wierzby.
Postać w kapturze obserwująca z cienia, ale cienia czego, i dlaczego w miejscu, gdzie cień nie powinien istnieć? Podstępna intruzja, myląca juxtapozycja, rzecz znaleziona w niewłaściwym miejscu. Poruszenie rzeczy, które lepiej pozostawić w spokoju. Żywiczny musk orchidei, dziki, balmy, gnijąca wilgotność ziemi. Mleczny mrok, jakby patrzeć oczami umarłych. Miodowe przyprawy częściowo zakopane, cynamon-kardamon, ekshumacja odroczona, ziemia jest zła, terror w terroirze. Nieskończona i ohydna nieznajomość, cielesny efuzjon dziwaczności i osobliwości, reinterpretowany jako niezbyt zły zapach. Właściwie, całkiem uroczy.
Zniszczony drewniany pomost, deski wybielone solą, gnijące morskie glony, przesuwająca się zasłona slate nieba. Konkurs Miss Akranes, jasne flagi więdnące w morskiej bryzie i mgle, ociekająca suknia i popękane gumowe buty. Lodowaty deszcz masła i soli, każda kropla to mała ostryga na języku. Sieci rybackie z perłowego szarego jedwabiu splątane z wodorostami i pustymi perkusjami kości ryb; jodowy posmak gnijących wodorostów w kałużach przypływowych, gdzie pułapki na homary rdzewieją, a szept muszli morskich bulgocze, szepcze, solone i wędzone. Zęby z morskiego szkła, korony z muszli krabów, berło z dryfującego drewna i kości wieloryba. Coś starożytnego porusza się pod portem, widowisko dla utopionych bogów. Co przypływ przynosi, burmistrz fotografuje do broszury. Co zabiera, nikt nie przyznaje się przed swoimi dziećmi. Velkomin til Akranes. Sjórinn heilsar þér svanglega.
Róża, którą od razu się cieszę, jest rzeczywiście rzadkim stworzeniem, a ta przywołuje dziką delikatność wiersza Yosano Akiko. Nie wiem, co ta niezwykła poetka sądziłaby o tym zapachu, ale przywołuję jej ducha w tych wrażeniach.
Starożytny dym drzewny unosi się między rozproszoną mgłą. Poranny dzwon echem— czuję metal na języku, wiosenny ostry, niezbędny cięcie.
Zielony liść unoszący się w płytkiej kałuży świątyni odzwierciedla moją prawdziwą twarz. Modliszka macha swoimi cienkimi ramionami w szyderczej błogosławieństwie.
Palec ukłuty cierniem rysuje olejek różany, szkarłatne wiersze na miękkich od snu kończynach, gorzkie sutry nie mogą zmyć tej słodyczy z pamięci.
Szczytowy pixie dream girl, sukienka Zooey Deschanel z kołnierzykiem Peter-Pan od ModCloth, miodowo-morelowo-jaśminowa cennota, infantylna heliotropowa babydoll od Alice & Olivia, porzucona i zapalona, tli się w rynsztoku. To nie był oczyszczający ogień, nie odkupieńczy płomień. Raczej jak okropny pożar w śmietniku, niszczący dowody twoich słodkich, kiczowatych przestępstw. Złodziejstwo z cukierkowego butiku, kradzież czyjejś kolekcji vintage'owych maszyn do pisania, albo popełniłeś jedno czy dwa kradzieże tożsamości, aby pozwolić sobie na swoją przepłaconą koktajl w słoiku z obsesją na punkcie rzemieślniczych bittersów. Trochę prawdziwego twee. Spalona, ostra słodycz "jak fuj, obrzydliwe" naklejka do skrobania, nałożona na już mdłą, coś złego kumulującego coś gorszego.
Zimna, skręcona, wyrachowana. Odrobina uzbrojonej słodyczy. Wilhelmina Slate w biurze na rogu z szklanymi ścianami od podłogi do sufitu, modowa piwnica, gdy jej dekorator wnętrz czyni swoje mroczne czary. Szampan waniliowy z dodatkiem absyntu, zielony i subtelnie ziołowy, aromatyczna trucizna w kryształowych kieliszkach. Cieniste, drewniano-muskowe cienie, śliskie przyprawy jak syczące groźby między kabinami w łazience. Złośliwe dziewczyny, które pożerały kości liceum i wszystko, używały złamanych palców przegranych do czyszczenia zębów; zdobyły swoje MBA w zgniłej czarnej magii i awansowały na najgorsze z szefowych; udoskonaliły sztukę uśmiechania się, jednocześnie wbijając noże między żebra i dźgając prosto w plecy. Kremowe migdałowe nuty, wystarczająco słodkie, by zamaskować gorzkie zioła. Fałszywe grzeczności/ groźny podtekst, szpiegostwo w każdej rozmowie, zastraszające groźby przebrane za małe rozmowy. Jak interesy w tym kwartale? Jak się mają twoje dzieci? Zranię cię. Uderzę, gdy się tego najmniej spodziewasz. Więcej kanapek?