recenzji
61 recenzji
Bardzo mocny i ciemny zapach dżemowej róży, który jest łagodzony metalicznymi nutami. Jest zarówno luksusowo dekadencki, jak i zdystansowany, jakby Berlin, w którym się rozgrywa, był epoką Weimaru, z hedonizmem coraz bardziej przyćmionym przez zagrożenie zsiadłym nacjonalizmem i wojną.
W miarę jak to zanika, róża osiada w kolejnej sprzecznej kombinacji: miodowych, ziemistych zwierzęcych nut.
To nie jest przytulny twór: jego piękno ma ostrze, i można zrozumieć, dlaczego tak wielu recenzentów uważa, że ma gotycki urok. Dla mnie obrazy, które przywołuje, są bardziej nowoczesne: to zapach kogoś podróżującego przez ekscytujące, ale wymagające miasto, elegancko ubranego, w drodze na nielegalne spotkanie.
W zależności od tego, jak lubisz swoje róże, możesz uznać to za nieco zbyt surowe lub ciemne. Z pewnością nie jest to pocieszający zapach, ale jest to dziwny i piękny zapach.
Zaczyna się brudno i staje się coraz brudniejszy. Spalony plastik, świeżo polakierowana podłoga, lukrecja i świeżo zaparzone kubek kawy. I to tylko początek. Gorzka, plastikowa nuta staje się przez pewien czas bardzo wyraźna, zmieszana z geranium. Kadzidło przesiąka, mieszając się z dziwną gumową nutą. Potem staje się słodszy, wanilia dodana do mieszanki, wraz z zapachem, który przypomina mi zapach futra mojej kotki, gdy wkłada mi tyłek w twarz, jak to koty mają w zwyczaju. A potem niespodzianka: wraca do zapachu lakieru, który pojawił się na samym początku, tym razem zmieszany z czymś kwiatowym i owocowym.
To sprytny, złośliwy zapach, który szybko przechodzi przez swoje różne fazy. Nie poczułem zbyt wiele z obiecanych nut zwierzęcych, nie aż do samego końca, ale ogólne wrażenie jest takie, że to coś funky i cielesnego, całkowicie NSFW wydarzenia w piwnicy nieprzyzwoitego klubu gdzieś.
Fotorealistyczna ewokacja brodzenia w mokrej, sięgającej kolan dzikiej roślinności tuż po intensywnej ulewie. Dziką miętę czuć szczególnie wyraźnie, a pod tym wszystkim unosi się wilgotny zapach ziemi. Aromat jest nieco gorzki i bardzo, bardzo zielony.
Po ustaleniu tej sceny, nie rozwija się tak bardzo, jak zanika w przyjemną, ziemistą, trawiastą bazę wetiweru, która ma wyraźne echa Terre d'Hermes. Utrzymuje się na mojej skórze przez nieskończoność, chociaż wetiwer generalnie trwa wieczność na mnie, więc jego trwałość będzie w dużej mierze zależała od chemii twojej skóry, przypuszczam.
Tak więc perfum składający się z dwóch części: pierwsza jest bardzo uderzająca, druga, mniej, chociaż obie są bardzo przyjemne. Żałuję tylko, że oryginalność otwarcia nie została przeniesiona do etapu drydown.
Rezygnujący, kościelny kadzidło, trochę alkoholowy, jakby ksiądz przed komunią sięgnął po butelkę. Jest w tym coś siana, w połączeniu z mandarynką i cytryną oraz astringentną nutą bluszczu, przypominającą tę z Beach Hut Man. Gdy się osadza, wyłania się silny cedr, a także kadzidło, wraz z dość lekką kombinacją wetiweru i paczuli. To klasztor gdzieś w Morzu Śródziemnym, w głębi lądu, o zmierzchu w bardzo spokojny dzień. Gdy się wysusza, traci część swojej wyrazistości, a pojawia się ta powszechna bursztynowa nuta, którą dzieli tak wiele innych perfum z dominującym kadzidłem.
To pierwsze perfumy od La Manufacture, które próbowałem. Patrząc na resztę ich linii, wydaje się, że specjalizują się w wariacjach na temat znanych perfum. Jeśli tak, to nie mam pojęcia, z jakiego wariantu to jest. Ani jaka może być ich koncentracja: mogę powiedzieć, że moja skóra ma oleistą powłokę po spryskaniu tym, co sugeruje, że koncentracja olejków perfumeryjnych musi być dość wysoka. Jest też dość mocne: kilka psiknięć wystarczy.
Jednak to, co jest, jest całkiem dobre. Jest wystarczająco słodkie i ostre, aby nie czynić tego wyłącznie bombą do głowy, ani nie przypominać zbytnio księdza machającego kadzielnicą z wystarczającą ilością palącego się kadzidła, by uruchomić alarmy przeciwpożarowe. Nie ma tu nic rewolucyjnego, ale jest to bardzo dobrze wykonane z przyzwoitych składników, z wystarczającą ilością odniesień i niespodzianek, aby uniknąć liniowości. Warto poszukać, zwłaszcza gdy butelki często pojawiają się w mocno obniżonych cenach w sklepach internetowych.
Siedzisz na drewnianej ławce na skraju sosnowego lasu, pijąc filiżankę zimnej, czarnej herbaty. Obok ciebie hipis je dużą kromkę mocno ziołowej pizzy. Jego ubrania przesiąkły zapachem kadzidła.
Lekki, stonowany i bardzo przyjemny, ale szczerze mówiąc, nie ma w sobie wiele więcej. Unosi się dyskretnie i co jakiś czas złapiesz zapach i pomyślisz: "O, to ładnie pachnie." Czego jednak oczekiwałem i na co liczyłem, przeglądając listę nut, to efekt "wow", a to nie zbliżyło się do tego. To prawie był zakup w ciemno, ale bardzo się cieszę, że zdecydowałem się na próbkę zamiast tego. Wszystko jest trochę meh, naprawdę.
Zapachy celebrytów? Zwykle są trochę meh, bądźmy szczerzy. Wystarczy przyczepić nazwisko celebryty z przodu, zaprojektować coś, co spodoba się tłumom, z DNA skradzionym z tego, co jest aktualnie popularne na rynku, i zalać sklepy z nadzieją przyciągnięcia uwagi przypadkowego nabywcy zapachów.
Czasami jednak naprawdę dobry zapach jakoś się wymyka. GIRL został stworzony przez Comme des Garcons z dużym wkładem Pharrella Williamsa i zapakowany w przyciągającą wzrok butelkę zaprojektowaną przez KAWS. A potem okazał się klapą. Zamiast dziesięciu milionów, które przewidywano, że perfum przyniesie, był dostępny w internetowych dyskontach za ułamek pierwotnej ceny, szybciej niż słaby singiel znika z list przebojów.
Ich strata to twoja korzyść. To naprawdę całkiem dobry zapach, choć niekoniecznie dla mas (w tym tkwi jego słabość).
Na początku dominuje głównie fiołek, intensywnie pieprzny, w połączeniu z lawendą, co daje mu dodatkowy zastrzyk energii. To otwarcie jest bardzo mocne: to najbardziej fiołkowy zapach, jaki można sobie wyobrazić, jakby Fahrenheit połączył się z Grey Flannel i wyprodukowali potworne, mutantowe potomstwo.
Fiołek traci na intensywności, ale zawsze pozostaje obecny, choć stopniowo do mieszanki dołączają inne nuty: przede wszystkim irys, wetiwer i cedr. Brakuje mu lekkości i przewiewności, które mentalnie zawsze kojarzę z zapachem CDG. Jest też dość liniowy, choć można przypuszczać, że mając Antoine'a Lie jako jednego z perfumiarzy, to jest świadomy wybór.
Czy zapłaciłbym pełną cenę za ten zapach, gdy został wydany po raz pierwszy? Trudno powiedzieć. Ale to perfum, który noszę często i z przyjemnością. Przy znacznie obniżonej cenie, za którą można go zdobyć, to trochę oczywisty wybór.
Jako dziecko, gdy sobotnie poranki z kreskówkami były jeszcze popularne, oglądałem serial pod tytułem Arabian Knights, krótkotrwały i kiczowaty program Hannah Barbery o arabskich poszukiwaczach przygód, którzy pokonywali dość bezosobowych złoczyńców w jakiejś nieokreślonej lokalizacji na pustyni, która dziwnie przypominała Monument Valley. Niezmiennie pojawiały się pokazy magii i nieuchronny latający dywan.
To właśnie przypomina mi początek Shazam. Jest jasny, owocowy i pełen podstawowych kolorów. Szybko przechodzi w kojący bursztyn. Jest bardzo dobrze zblendowany, więc trudno wyodrębnić poszczególne nuty, chociaż wanilia, kremowy kadzidło i paczuli są szczególnie wyraźne. A czy to zapach bazylii? Nie jest daleko od innych perfum o tematyce bliskowschodniej, ale jest bardzo dobrze zrobiony, chociaż dla mojego gustu jest trochę za słodki. Jego słabość tkwi w trwałości, znika po kilku godzinach, pozostawiając jedynie najsłabsze nuty skórne, więc konieczne są częste reaplikacje.
Klon PDM Layton. Przyprawione ciasto jabłkowe polane sosem karmelowym, z dodatkiem lodów waniliowych. Po pochłonięciu go, stajesz się świadomy bardzo intensywnego wazonu kwiatów postawionego na twoim stole. Czujesz się też trochę niedobrze.
Notorycznie zamknięty w jednej z najdziwniejszych butelek znanych człowiekowi, z korkiem, który wydaje się zaprojektowany specjalnie po to, aby zdjąć rozpylacz, gdy jest usuwany, twoja reakcja na ten zapach będzie w dużej mierze zależała od tego, jak zareagujesz na Layton, ponieważ jest to najbliższa wersja oryginału, jaką możesz dostać w tej cenie.
Za pierwszym razem, gdy to nosiłem, byłem naprawdę dość zaskoczony, w sensie „to ładnie pachnie”. Za drugim razem wady profilu zapachowego stały się oczywiste: otula cię mdłym, słodkim mgłą, która staje się coraz bardziej nie do zniesienia, i jest definicją zapachu, który należy zmyć. Co też zrobiłem, przy pierwszej nadarzającej się okazji.
Mówiąc to, jest to bardzo dobrze zrobione jak na to, czym jest, a jeśli to jest twój rodzaj profilu zapachowego, warto to poszukać.
Pierwszy raz, gdy poczułem Jacomo de Jacomo, szczerze mówiąc, pomyślałem, że to najwspanialszy zapach, z jakim się spotkałem. Bombowy lawendowy zapach z dominującą nutą goździków, zamarynowany w popielniczce z mydlanym-drzewnym suchym akordem. Jest w nim gorycz gabalnum, odrobina kwiatów i kadzidła wrzuconego do mieszanki.
Teraz, starszy i rzekomo bardziej dojrzały, wiem, że istnieje wiele lepszych zapachów. Ale wiecie co? Nadal pachnie całkiem dobrze. W pewnym sensie to uosobienie zapachu lat 80., potężny zapach zaprojektowany tak, aby zarówno łączyć się z, jak i przebijać przez zadymiony bar czy klub nocny. Teraz, gdy czasy się zmieniły, reformulacja jest słabsza, do tego stopnia, że trwałość mogłaby być bardziej wytrwała. Z tym zastrzeżeniem, nosi swój wiek bardzo dobrze i teraz wygodnie wpisuje się w kategorię klasycznego zapachu dla mężczyzn w średnim wieku. Dowód, przypuszczam, że jego publiczność dorosła razem z nim, a jego demografia zmieniła się w tym procesie. Nie ma powodu, dla którego ktoś młodszy nie mógłby go nosić, szczególnie ci z alternatywnych scen.
Tani jak chipsy i zaprojektowany, aby wyróżniać się wśród mnóstwa słodkich i niebieskich zapachów od projektantów, które są dostępne.
Krótki dymny początek ustępuje miejsca bogatemu sandałowcowi, który ma niemal gourmandowy toffi, z warstwą moreli pod spodem. Następnie pojawia się ciepły wetiwer, a potem słodki cedr. W miarę jak zapach się rozwija, pojawia się lekko ziemisty akcent, przypominający suchą, zakurzoną ziemię. W ogóle nie wyczuwam paczuli wymienionej w nutach. Morela pozostaje obecna przez cały czas.
Na początku naprawdę myślałem, że to będzie coś wyjątkowego, ale w miarę postępu traci swoją unikalność i zaczyna przypominać inne zapachy z linii 4160 Tuesdays.
Problem polega na tym, że wszystko w tym zapachu wydaje się słodkie, nawet nuty wetiweru/ziemiste. Nie jest to słodkie w sposób cukierkowy, bardziej ma ciepłą, dżemową jakość: to coś, co wydaje się być rdzeniem DNA marki, a nie jest to coś, co szczególnie mi się podoba. Chciałbym zobaczyć, jak tworzą perfumy, które całkowicie tego unikają, ponieważ to byłoby znacznie bardziej w moim guście. Jak na razie, ten zapach jest bardzo przyjemny, cieszę się nim, ale nie kocham go.