recenzji
37 recenzji
Zgadzam się z @Baltabarin: Jardin du Poète jest jak biały lniany garnitur na europejskim przyjęciu w ogrodzie. Jest to wyrafinowany, klasyczny profil cytrusowo-koloński z jasnymi nutami bazylii i grejpfruta, zanim naprawdę przyjemny dzięgiel i nieśmiertelnik przejmą kontrolę - nie ma na liście liści pomidora, ale pojawia się nuta tego ziołowego, łodygowego zielonego aromatu roślinnego. Z tego świeżego, aromatycznego otwarcia wysycha do cieplejszego cedrowo-wetiwerowego piżma, które jest ciche i trawiaste, ale utrzymuje się przez zaskakująco długi czas. Powiedziałbym, że jest podobny do Ichnusa Profumum Roma w swojej ziołowo-ogrodowej liściastości i do Basilico & Fellini Vilhelma z równie zielonymi nutami cytrusowo-bazyliowymi, ale trwa dłużej niż Ichnusa, a suszenie podoba mi się bardziej niż mydlany fiołek B&F. Szkoda, że wycofali wersję EDT - bardziej podoba mi się jej typograficzny design flakonu.
Mantes-la-Jolie jest niemal szokująco miętowy na początku: to ultra-odświeżający zimowo-zielony podmuch eukaliptusa-mięty-bazylii-bergamotki, którego można by się spodziewać jako sztucznego lub pasty do zębów, ale jest niesamowicie naturalny. To urocze, orzeźwiające otwarcie szybko rozwija się poprzez inne nuty w uporządkowanej sekwencji, nabierając słodyczy dzięki liściom zielonej porzeczki i ciepłej figi, zanim wkradnie się drewno cedrowe i zacznie łagodzić się w łagodne nuty mate, miodowego jaśminu i słabego imbiru, które w jakiś sposób łączą się, tworząc efekt złożonej, ale subtelnej drzewnej wanilii. Normalnie zarówno mięta, jak i wanilia byłyby dla mnie "nie", ale prezentacja każdego aspektu tego zapachu jest tak oryginalna i interesująca, że mnie wciągnęła. Początkowe nuty szybko zanikają, ale pyszny drydown utrzymuje się na niskim poziomie przez ponad 6 godzin, co jakiś czas zaskakując mnie tym, jak dobrze pachnę. Uwielbiam ten zapach, naprawdę wyjątkowe aromatyczne podejście do zielonej figi. Drogi, ale doceniam to, że Astier de Villatte oferuje różne rozmiary w różnych przedziałach cenowych: 100, 30 i 10 ml. Chciałbym wypróbować więcej zapachów tej marki.
Pomijając te nazwane na cześć konkretnych współpracowników (Another 13, zapachy Colette), jest to jedyny zapach Le Labo jaki znam, który nie został nazwany na cześć składnika, co ma sens, biorąc pod uwagę, jak abstrakcyjny jest to zapach - w każdym razie dla mnie. Baie 19 sugeruje zatokę wody i rzeczywiście przywodzi mi na myśl nieruchomą, odbijającą światło taflę zimnego górskiego jeziora, ze skalistymi, omszałymi brzegami pod srebrnym niebem. Zamiast wilgotnej ziemi petrichor przywołuje na myśl wilgotne kamienie. Wyczuwam mineralny, leczniczy jałowiec i połączenie nut metalicznych, ozonowych, ziołowych, zielonych i syntetycznych, niemal lateksowych, a następnie ziemiste piżmo. To świat przyrody w najdrobniejszych szczegółach, ale jakbyś widział go w VR lub we śnie. Jest dezorientujący i magnetyczny, bardzo subtelny, ale nieustannie zaskakujący - "Co ja wącham?" pytam sam siebie. Wyobrażam sobie, że tak pachniałoby lustro, gdyby miało zapach - zapach wydaje się docierać do mojego nosa, jakby był załamywany przez soczewkę, wygięty lub odwrócony, jak promienie światła. W przeciwieństwie do wielu innych "molekularnych" zapachów skóry, ten również się utrzymuje, choć nie jest tak naprawdę projekcyjny. Jestem nim głęboko zaintrygowany. Może to mój ulubiony zapach Le Labo? Z pewnością jeden z ich najdziwniejszych. Oczywiście jest drogi i sugeruje nastrój, w którym mógłbym chcieć przebywać tylko okazjonalnie, więc nie jest to łatwy zakup. Nawiasem mówiąc, kiedy po raz pierwszy spróbowałem tego zapachu, spróbowałem również Eremia, Tacit i Ouranon Aesop, które moim zdaniem celują w podobne terytorium: stonowane, medytacyjne, ziołowe, ziemiste, abstrakcyjne... i zawyżone ceny. Wszystkie trzy są interesujące i fajne na swój sposób, ale gdybym miał wydać ponad 200 USD na 50 ml, myślę, że Baie 19 zapewnia więcej.
@IamdrinkingBeer o Boże, chyba masz rację. Jakie to żenujące! Chociaż, imo, powinni byli nazwać go "Genévrier"! To zdecydowanie nie przywołuje na myśl "jagód" w ogóle.
Clue! Ekscytacja wokół tej marki jest zaraźliwa i nie bez powodu: wszystkie ich zapachy są tak oryginalne i interesujące, a ich wrażliwość jest tak charakterystyczna: trochę urocza, trochę retro, gustowna i bardzo przemyślana, ale bezpretensjonalna, eksperymentalna, ale dostępna i zaskakująca przede wszystkim. Mam wrażenie, że esencją Clue jest dymek myślowy z wykrzyknikiem i znakiem zapytania (interrobang??). Uwielbiam ścieżkę dźwiękową Harry'ego Nilssona do filmu z 1971 roku, który zainspirował ten zapach, a opis brzmiał jak idealny letni zapach: "Filiżanka jaśminowej herbaty zaparzonej wodą z oceanu". I dokładnie tak pachnie! Akord wody morskiej jest niesamowity: słony, piaszczysty i solankowy w sposób, którego większość świeżych, "wodnych" perfum w ogóle nie oddaje. Herbata jaśminowa jest marzycielska i tajemnicza. Zostaje wypłukana przez nuty oceanu w rodzaj akwareli, ale zachowuje poczucie powagi, które pasuje do ewokacji głębokiego morza. Na tej podstawie stwierdzenie marki "kreskówkowy rysunek herbaty jaśminowej" wydaje się nieco mylące, ponieważ czuję, że w The Point jest coś dość dzikiego i poetyckiego, nie wydaje się tak "słodki" jak Warm Bulb (który dla mnie przywołuje komiksowy rysunek żarówki). Kwiatowa nuta jaśminu łączy się z miodową paczulą w nutach serca, sugerując smak vintage, odcień hipisowskich wibracji, które pasują do estetyki lat 70. materiału źródłowego, ale w abstrakcyjny sposób, który nie przechodzi za burtę na terytorium sklepu z koralikami i frędzlami. Mineralne nuty głowy i morska ambra w bazie również wpływają na paczulę w zaskakująco męski sposób: czasami The Point wydaje się niemal dawać powiew fougère, chociaż zapach dryfuje i wije się jak odpływający przypływ, jest bardzo nieliniowy. Uwielbiam piaszczysty drydown - naprawdę pachnie mokrym piaskiem i mam wrażenie, że wyczuwam tam również bielone na słońcu drewno driftowe. W przeciwieństwie do niektórych innych komentujących, nie stwierdzam, aby zapach utrzymywał się zbyt długo (tylko około 3 godzin), choć może to być problem z dabbingiem z fiolki z próbką. W moim dość ograniczonym doświadczeniu z zapachami herbaty, stanowią one lekki ekran, który korzysta z obfitej aplikacji. Jestem bardzo kuszony, aby kupić pełny flakon tego zapachu, aby cieszyć się nim przez resztę lata, choć myślę też, że naprawdę będę chciał FB Warm Bulb, gdy nadejdzie jesień, więc mogę się z tym wstrzymać.
To może być trochę ezoteryczne, ale proszę o wyrozumiałość: Papyrus Moléculaire od Maison Crivelli przypomina mi meble z połowy ubiegłego wieku kubańsko-meksykańskiej projektantki Clary Porset, a konkretnie jej krzesła Butaque. Projekty Porset obejmowały zarówno produkcję przemysłową, jak i rękodzielniczą i, podobnie jak nauczyciele Bauhausu i rówieśnicy, z którymi studiowała, miała na celu podniesienie standardów życia i wprowadzenie modernistycznej estetyki do mas - przy jednoczesnym zachowaniu kubańskich i meksykańskich tradycji sztuki ludowej. Jej słynne krzesła butaque powstały w oparciu o hybrydę hiszpańskich siedzisk X-frame i prekolumbijskich stołków rytualnych z czasów kolonialnych. Ich ergonomiczne kształty są wykonane z polerowanego drewna i materiałów takich jak wiklina, skóra czy tkana trzcina agawy. Kiedy przeczytałem, że te drzewne, pachnące tytoniem perfumy zostały zainspirowane pierwszym spotkaniem Thibauda Crivellego ze sproszkowanym korzeniem papirusu wśród grupy wytatuowanych kobiet palących cygaretki, natychmiast wyobraziłem sobie drewniane i tkane krzesła Clary Porset wykonane przez kobiety palące kubańskie cygara. Zapach jest głęboki, ciepły i gładki, ale z jasnymi i pieprznymi roślinnymi i mineralnymi nutami głowy. Papirus kojarzy mi się trochę z wetywerią: trawiasty, zielony i wytrawny, sprawia wrażenie przyziemnego i nieco poważnego, ale dodatek kolendry i żywicy elemi sprawia, że zapach emanuje cytrusową zielenią. Podobnie jak projekty Porset, zapach ten jest jak modernistyczna estetyka spotykająca się z zakorzenieniem naturalnych materiałów i tradycji rzemieślniczych.
Początkowo zauważyłem, że ten zapach jest reklamowany jako bardziej interesująca alternatywa dla Santal 33 Le Labo i powiem, że są bardzo podobne, ale Santal jest cięższy i bardziej skórzany, bardziej kremowy i bardziej otulający, podczas gdy ten jest świeższy i bardziej żywy. Testowałem je w tym samym czasie i luksusowa, miękka ostrość Santala wydawała się niemal płaska, wręcz nudna, w porównaniu z dowcipnym trzaskiem Papyrus Moléculaire, który rozbrzmiewa tak jasno i wyraźnie jak śmiech. To niesamowicie dobrze wyważony zapach, pyszny i satysfakcjonujący, całkowicie unisex, który moim zdaniem można nosić o każdej porze roku i na niemal każdą okazję. Swoją próbkę zużyłem w rekordowym tempie i od razu kupiłem pełny flakon.
CDG 2 był dla mnie jednym z pierwszych zapachów, z którymi się zetknąłem - był to jeden z pierwszych zapachów, który naprawdę mnie zaskoczył i nadal uważam go za nieskończenie tajemniczy i intrygujący. CDG 2 został opracowany w 1999 roku przez Marka Buxtona, czarodzieja nosa stojącego za debiutancką wodą perfumowaną CDG i wieloma kultowymi zapachami dla CDG i innych domów, w tym Vetiver 46 Le Labo (a ostatnio dla nowej niszowej marki Oddity z Hongkongu). Zainspirowany sztuką kaligrafii, CDG 2 to złożony wariant szyprowy z charakterystyczną nutą atramentu, który dla mnie pachnie jak błyszczący magazyn - w szczególności rodzaj grubego magazynu o modzie, w którym na stronach znajdują się różne próbki perfum. Okrzyknięte w momencie premiery wysoce eksperymentalnymi perfumami, często opisywane jako "futurystyczne", moim zdaniem swój efekt zawdzięczają współgraniu cytrusów, herbaty, ziół i przypraw, jasnych, niemal chemiczno-metalicznych aldehydów, akordu atramentu i nut kwiatowych, które po kilku minutach wysuwają się na pierwszy plan, delikatnie stapiając się z miękkimi przyprawami i stając się bardziej pudrowe, nie przechodząc w konwencjonalną "kwiatowość". To prawie tak, jakby te perfumy bezpośrednio aktywowały ścieżki nosowe związane z przyjemnością wąchania kwiatów. Zapach jest jednocześnie naukowy - przywodzi na myśl fartuch laboratoryjny - i całkowicie organiczny. Jest wysoce androgyniczny i początkowo wydawał mi się całkowicie uniseksowy, choć z czasem poczułem, że w jego kwiatach zakodowana jest subtelna, cyborgiczna kobiecość - wciąż nadająca się do noszenia przez każdego. Zapach ma w sobie coś z postludzkiego optymizmu Homogenic Björk z końca lat 90-tych, nastrój, do którego czuję nostalgię, choć powiedziałbym też, że jest idealnie ponadczasowy, niewrażliwy na trendy. To zapach, który z przyjemnością wąchałbym w każdej chwili, choć niekoniecznie chciałbym go nosić na każdą okazję - jest nieco chłodny i słodko-gorzki, nawet metaliczny lub obcy, ale w wysublimowany sposób. Również butelka jest idealna: porysowana cyfra, metalowy kształt wielkości dłoni, niecentryczna nakrętka? Precyzyjnie oddaje połączenie radykalnej oryginalności i nieludzkiej gracji zapachu
Fantazjowałem o idealnym zielonym zapachu, czymś z gryzącą, warzywną świeżością zmiażdżonych łodyg - nie owocowym ani lekkim, ale ostrym i gorzkim, jak korzenie i ziemia. Eris "Green Spell" zapewnia podmuch galbanum i hiperrealistyczny liść pomidora, który przypomina najgłębszą część obrazu Henri Rousseau z dżungli: sprawia, że myślisz o życiu roślinnym w kategoriach ostrzy i włóczni. W tym śnie o zieleni nie ma światła słonecznego ani nawet światła księżyca, tylko gęste zarośla kolczastych, zroszonych liści wyższych od ciebie. Mandarynka i czarna porzeczka są wymienione jako nuty głowy, ale cytrusy i cierpkość jagód nie wydają mi się z przodu, wkradają się bokiem, wraz z miłym dodatkiem liścia figowego, który nieco rozgrzewa mieszankę, choć jest też liść fiołka, który ją chłodzi. To jak podziemna wersja Philosykos - raczej cienista, niemal trująca zieleń niż anielska zwiewność Diptyque. Ludzie wydają się narzekać na jego trwałość, ale nie znalazłem żadnego super-zielonego zapachu, który trwałby bardzo długo, więc myślę, że to po prostu przychodzi z terytorium. Ten wysycha do pikantnego, lekko piżmowego i trawiastego wetiweru, który utrzymuje się przez dłuższy czas, choć tak naprawdę tylko jako zapach skóry. Bardzo lubię te perfumy.
Wiem, że Debaser jest popularny i jakiś czas temu polecił mi go znajomy, wiedząc, że lubię zapachy figowo-liściaste. Wąchałem go w sklepie i nie spodobało mi się moje pierwsze wrażenie, ale teraz, gdy miałem okazję nosić próbkę kilka razy, rozgrzewam się do niego. Wymienione nuty są dla mnie nieco mylące: ma być zielona łodyga, gruszka i bergamotka na górze, ale wszystko, co zauważam, to pikantna zieleń, a następnie liść figi i mleko kokosowe, które mają być nutami środkowymi, wraz z irysem (którego tak naprawdę nie wyczuwam). Zwykle kokos jest nutą, która mnie odrzuca, ale ten jest interesujący: nie czuje się sztucznie ani kremowo, jest bardzo czysty, chłodny i kremowy. To raczej kokosowe mleko niż kokos i podoba mi się w tym zapachu, nieco ku mojemu zaskoczeniu - naprawdę dobrze komponuje się z innymi nutami. Pod tym wszystkim mocno wybijają się nuty bazowe "cennego drewna", bobu tonka i mchu. Od samego początku perfumy te są intensywnie drzewne, a po zniknięciu nut górnych i środkowych pozostaje czyste, ziemiste, pikantne drewno, w którym naprawdę dominuje Iso E Super. Ogólnie rzecz biorąc, połączenie świeżej zieleni, pikantnego liścia figowego i drzewnego wykończenia sprawia, że jest to niemal idealny "podstawowy", nowoczesny zapach unisex / męski, a jako ktoś, kto lubi Philosykos, ale chciałby, aby był nieco bardziej gęsty, nie tak efemerycznie lekki, jest to satysfakcjonujący i niezwykle noszalny zapach. Wadą jest to, że niektórzy mogą uznać go za zbyt mocny (na przykład moja dziewczyna twierdzi, że jest odpychający przy pierwszej aplikacji), a po wyschnięciu wymiarowości górnych i środkowych nut, drzewna baza może wydawać się syntetyczna i nieco przewidywalna. Dobrze się nosi latem, ale widzę, że nuta kokosowa nie sprawdzi się w chłodniejszych porach roku.
Bardzo wyraźnie drzewny. Ostry cyprysowy dym, nuty "kolońskiej" wetywerii i mchu dębowego. Przyjemny, ale (w każdym razie na pierwszy rzut oka) może nieco jednowymiarowy. Szczerze mówiąc, spodziewałem się po Aesopie czegoś ciekawszego. Na skórze otwiera się nieco bardziej, ale zarówno projekcja, jak i trwałość są dość słabe. Po ledwie dwóch godzinach nie czułem już zapachu. Nie jest zły, ale są ciekawsze zapachy o tym profilu: CDG Monocle Hinoki, na przykład, jest bardzo podobny i bardziej satysfakcjonujący, imo.
Szukałem letniego, cytrusowego zapachu, który nie pachniałby jak płyn do mycia naczyń lub produkt spa, a Burst dostarcza go w wielkim stylu. Po pierwsze, górna nuta to Yuzu, więc jest cytrusowa, ale nie jest od razu rozpoznawalna jako bardziej znana pomarańcza, cytryna lub limonka, a towarzyszą jej nuty "rabarbaru, skórki jabłka, białej kredy, wiórków ołówkowych i piżma". Rabarbar jest dość subtelnym zapachem na początek i uważam, że tutaj dość płynnie łączy się z yuzu, jabłkiem i nutami drzewnymi, tworząc coś, co jest niezwykle przyjemne: świeże i owocowe, zarówno soczyste, jak i wytrawne (w jakiś sposób!), Prawie cukierkowo słodkie bez mdłości (częściowo dlatego, że jest również ostry i nieco kwaśny). Piżmo pod spodem przywodzi mi na myśl ciepłą, muśniętą słońcem skórę, prawie jak blokada słoneczna - i faktycznie pachnie świetnie wraz z filtrem SPF, który nakładam razem z nim. Jedną z wymienionych cech jest "mrużenie oczu do słońca", co wydaje mi się w 100% trafne: jest to jeden z najbardziej słonecznych zapachów, jakie kiedykolwiek wąchałem. Od razu skojarzył mi się ze słoneczną okładką Vision Creation Newsun zespołu Boredoms, a ekstatyczny, radosny, perkusyjny pęd tej muzyki całkowicie pasuje do klimatu tego zapachu. To nieskrępowana zabawa i jednocześnie satysfakcjonująca złożoność. To jak jedzenie kapiącej brzoskwini nad zlewem w lipcu podczas przygotowywania naprawdę imponującego deseru z resztą koszyka. To jak pójście na letnie wesele najstarszego przyjaciela i szalona impreza. Myślę, że trwałość jest całkiem niezła! Ja przestałem go czuć po kilku godzinach, ale moja dziewczyna wyczuwała go jeszcze wieczorem.