Czy próbowałeś tych perfum?
Podziel się swoimi wrażeniami i pomóż innym odkryć wspaniałe zapachy
Po wypróbowaniu (i pokochaniu) kilku zapachów od Perfumer H, stałem się coraz bardziej zafiksowany na punkcie talentów Lyn Harris (zamówiłem również kilka zapachów, które wyprodukowała dla Trudon), ale nie miałem jeszcze okazji wypróbować żadnej z ofert domu, który wcześniej założyła (a następnie sprzedała), Miller Harris. L'Air de Rien był tak hojnie zachwalany, że zanim zdążyłem go powąchać, osiągnął w mojej głowie niemal mityczny status, między innymi dlatego, że zajmował wysokie miejsce na niektórych listach zapachów przywołujących na myśl stare książki, a ja z niecierpliwością poszukuję idealnego zapachu do biblioteki/księgarni. Nie było to również łatwe do zdobycia - musiałem przekonać krewnego z USA, aby zdobył dla mnie tę fiolkę (tak wielu sprzedawców eBay nie wysyła do Kanady!). Wszystko po to, by powiedzieć, że oczekiwania były wysokie. Moje pierwsze powąchanie było mieszanką ekscytacji i rozczarowania: to porywający, piękny zapach, a prasa i marketing nie kłamią - naprawdę czuje się tak intymnie, jak uścisk kochanka, z mieszanką zmysłowości i prywatnej ciszy. Pachnie skórą i włosami (nie potem ani zapachem ciała, tylko naturalną słodyczą osoby), odrobinę pikantnie, z zawsze tak lekką ciepłą, waniliową stęchlizną, jak śpiąca pościel, zakurzony pokój lub - tak - stos starych książek. Wyobraźmy sobie popołudniową schadzkę na skąpanym w słońcu strychu, pełnym skrzyń z oprawionymi w skórę tomami i antycznych mebli przykrytych prześcieradłami. Opis "oglądania kurzu tańczącego w świetle, gdy leżysz spleciony" jest niesamowicie dokładny i wydaje się niezwykłym osiągnięciem: tak subtelna i specyficzna rzecz do wywołania. Pomysł, że zostały skomponowane dla Jane Birkin (w 2006 roku, kiedy miałaby 60 lat) również nadaje tym perfumom aurę, która jest zupełnie inna niż sygnatura Perfumer H, która jest zdecydowanie brytyjska: minimalistyczna, stonowana, artystycznie poważna. L'Air de Rien jest ciepły i leniwy, seksowny, szykowny i pełen gracji. Pachnie tak, jak wyobrażałem sobie Musc Ravageur, zanim go wypróbowałem (i nie spodobał mi się). To wszystko składa się na dreszczyk emocji. Na czym więc polega rozczarowanie? Rzecz w tym, że po pierwszym psiknięciu pomyślałem: "Och, uwielbiam go, ale to nie dla mnie". Po pierwsze, mam wrażenie, że jest nieco bardziej kobiecy, niż bym chciała, ale co ważniejsze, od razu wzbudził we mnie poczucie winy. To absurdalne, ale pachnie tak bardzo jak fizyczna obecność osoby, a nie moje własne ciało. Nie jest to również znajomy zapach mojej dziewczyny, więc daje mi przytłaczające uczucie intymności z kimś innym. To tak, jakbym spodziewał się oskarżenia: "Gdzie byłeś? Z kim byłeś?" protestuję: "Byłam tylko w bibliotece! To znaczy w księgarni!". "Prawdopodobna historia!"
