recenzji
Mój zapach charakterystyczny
333 recenzje
Complicated Shadows od 4160 Tuesdays to perfumy na bezsenne godziny, późne nocne spacery po opuszczonych ulicach rodzinnego miasta, znajome punkty orientacyjne dziwnie zniekształcone przez grę światła księżyca i cienia. Ciepłe, aksamitne drzewo sandałowe szepcze w kontraście do chłodnej nuty "cienia", przywołując zdyszaną ciszę granicznych przestrzeni pomiędzy. Irys i narcyz są tu owiane tajemnicą, a ich ziemiste kwiatowe szmery przeplatają się z cierpką ironią, gotując egzystencjalny niepokój pod powierzchnią introspektywnych rozważań. Zawoalowane w gorzkiej waniliowej mgle, to niesamowita zaduma, nocne mroki i nawiedzające krajobrazy pozbawionych snów, zagubionych w ciemności.
Nie lubię porównywać perfum do siebie nawzajem, a zwłaszcza porównywać czegoś, co stworzył twórca niszowy lub niezależny, do czegoś z jednego z wielkich domów... i cały czas słyszę, jak artyści wszelkiego rodzaju narzekają, że nienawidzą być porównywani do innych artystów. Z góry przepraszam moich ukochanych artystów, ale wiem, że czasami porównania do czegoś, co już znasz, mogą być pomocne w ocenie czegoś nowego.
To powiedziawszy, moje pierwsze wrażenie na temat Complicated Shadows było chłodną, mroczną elegancją... i istnieje wyraźne pokrewieństwo z L'Heure Bleue Guerlain, melancholijnym arcydziełem spowitym pudrowym półmrokiem. Jednak Complicated Shadows zrzuca ciężki płaszcz pudru, odsłaniając bardziej przystępny, współczesny charakter. L'Heure Bleue, choć bardzo chcę go pokochać, nigdy nie był moją filiżanką herbaty. Ale Complicated Shadows? Mógłbym go pić wiadrami. W ciemności. Na środku opuszczonej drogi. O północy.
Głęboko gotycki bursztyn glamour, piżmowo-mroczny szyprowo-przylegający zapach, który pachnie jednocześnie jak postać w białej koszuli nocnej uciekająca z dworku z samotną świecą zapaloną w oknie o północy i zaskakujący sukkub, który jest potajemnie opętany przez tę postać - to wszystkie kultowe tropy powieści Avon Satanic Romance i jest doskonały.
Jo Malone's Mallow on the Moors to zapach, który miałem nadzieję, że będzie trochę nawiedzony. Cóż. I tak jest... tak jakby? Jednak nie w sposób, jakiego się spodziewałem. Bardziej przypomina parodię kogoś, kto nie zdawał sobie sprawy, że pisze parodię, co niektórzy mogą postrzegać jako trochę niefortunne dla ich twórczości (nikt nie chce być niezamierzenie zabawny, wiesz?), ale hej, to też może być zabawne, prawda? Wyobraź sobie, że jesteś zapiętą na ostatni guzik pisarką powieści gotyckich, która nigdy nawet nie wzięła sobie kochanka, a los zaprowadził cię prosto w ramiona rozpustnego lothario, prawdziwego Błękitnobrodego. Wyobraź sobie omdlenia, westchnienia, duchy, stare gotyckie zamki, tereny dworskie, ciała zakopane w zatrutych ogrodach, martwe żony na strychach i cały ten jazz. A potem kamera przesuwa się i okazuje się, że jest to horror Hammera w reżyserii Anny Biller z Laną del Rey w roli głównej i bardzo stara się być eteryczny i fantazmatyczny, z mglistymi wrzosowiskami i omszałymi zamkami, ale w jakiś sposób jest to cały wysoki obóz i błyszcząca sztuczność, prawdziwa energia Real Housewives of Manderley. Jeśli chodzi o to, jak pachnie, wyobraź sobie świetlisty fioletowy puder z połamanych, rozsypanych meteorytów Guerlain i mosiężny lakier do włosów, szampan wrzucony w twoją twarz Tom Ford Jasmine Rouge. Wyobraź sobie to wszystko rozpylone na Dicie von Teese w La Perla ściskającej rynsztokowy kandelabr w stylu Frau Blücher.
Mistpouffer od Stora Skuggan pachnie chłodną, słodką, pudrową porcelaną, kruchą i delikatną jak mała baletnica z kości słoniowej na półce, ale jest też dziwnie mineralna, nietypowa nuta ziołowa, owinięta w odrobinę mglistego puchu, prawie jak mały, waty cukrowej, solony bukiet czarnej lukrecji. Ostatecznie przypomina mi to ceramiczne Broken Ladies artystki Jessiki Harrison - uroczo kobiece figurki, zakrwawione skomplikowanymi anatomicznymi okropnościami - być może trochę za dużo dla wrażliwych typów, ale ci z was, którzy lubią makabryczne przysmaki, pokochają te pokręcone ceramiczne piękności. I myślę, że tym właśnie jest Mistpouffer: delikatnym, subtelnie pokręconym pięknem.
Green Spell od Eris Parfums to jakby niebiańska istota składająca się w 100% z chlorofilu zstąpiła z niebios, a jej skrzydła to miażdżący trzepot wielu liści, szerokich i płaskich, delikatnych i zwiniętych, woskowych, gumowych, giętkich, promieniujących każdą odmianą weridianu. Głosem podobnym do przesiąkającego mchu, jak erodująca skała, jak skrzydła owadów rozpadające się na ziemi, szepcze do ciebie: "Nie bój się, czy cokolwiek". To niekończąca się soczysta łodyga słodko-gorzkiego wąkrotki, która przebija się przez glebę, aż docierasz do mrocznego, masywnego, zgrzytającego koszmaru malachitowej kuli korzeniowej. Budzisz się ze szmaragdowymi zadrapaniami na dłoni i jadeitowymi rzęsami paproci w zębach.
Nightingale od Zoologist to, na papierze, coś, czego początkowo nie uznałbym za moją filiżankę herbaty - ale to tylko pokazuje, co wiem. Jest to bogaty, omszały kwiat śliwy z gorzkim, ziemistym oudem i nutami kwaśnej, cytrynowej róży przypominającej geranium. Określa się go mianem różowo-kwiatowego szypru, co, prawdopodobnie ze względu na moje skojarzenia ze wszystkim, co różowe, wydaje się falbaniaste i niepoważne w stosunku do tego, co okazuje się zapierającym dech w piersiach zapachem o nieoczekiwanej złożoności, która przekłada się na coś głęboko emocjonalnego. Czytając wywiad z perfumiarzem, dowiedziałem się, że inspiracją dla tych perfum był starożytny wiersz napisany przez Fujiwara no Kenshi, siostrę ówczesnej cesarzowej. Cesarzowa najwyraźniej zamieniła swoje cesarskie obowiązki na buddyjskie śluby, a kiedy odchodziła, jej siostra podarowała jej różaniec z drzewa agarowego owinięty w pudełko ze wstążkami i gałązką kwiatu śliwy i przeczytała jej napisany przez siebie wiersz: "Wkrótce przywdziejesz czarną szatę i wstąpisz w stan zakonny. Nie będziesz wiedziała, że na każdym paciorku różańca są moje łzy". Naprawdę czuję miłość, stratę, siostrzeństwo i tęsknotę, i w jakiś sposób, z tej perspektywy, doświadczam nawet egzystencjalnego smutku związanego z przemijającą naturą czasu i istnienia. Cóż za piękny i sugestywny zapach
Sacred Scarab to zapach gorzkich, cytrynowych aldehydów i ziemistego, mrocznego, ciemnego piżma, a kiedy mówię ziemisty, nie mam na myśli wilgotnej, gliniastej gleby ogrodowej, ale raczej zakurzoną glinę i podziemne warstwy skał osadowych, kopiąc tak głęboko w ziemię, napotykasz dziesięciobarwne formacje geologiczne i stygianowe struktury krystaliczne rzekomo związane z głęboką historią ziemi - a jednak dla twoich niedowierzających oczu lub moich, całkowicie obce i nieziemskie. Jest to zapach, który wywołuje przynajmniej niewielkie uczucie, jeśli nie rzeczywistość rozpadającego się załamania przestrzeni i czasu, preludium do ekstatycznych rytuałów starożytnego tajemniczego kultu ziemi i kamienia. Ten początkowy mineralogiczny melodramat zapiera dech w piersiach i prawdopodobnie najbardziej podoba mi się te 15-20 minut zapachu, ale następny etap i wysychanie, coś w rodzaju "wypalonej daktyli / lepkiej żywicy rodzynkowej kadzidła rozrzuconego w suchym drewnie gładkiego naczynia cedrowego", jest również urocze i warte czekania, jeśli uważasz, że wczesne niuchy są zbyt przytłaczające. Nie mogę zdecydować, czy ten zapach jest modlitwą czy protestem, pocieszeniem czy przekleństwem, i głęboko kocham tę niepoznaną tajemnicę.
Delta of Venus zbudowana jest wokół guawy, a oto wyznanie: Nigdy nie wąchałem ani nie próbowałem guawy, więc nie do mnie należy stwierdzenie, na ile jest ona realistyczna, ale oto kolejne wyznanie: Nie przychodzę do zapachu dla realizmu, więc kogo to obchodzi! To, czego doświadczam, to zapach kruczoczarny i różowo lśniący bujnością, pulsujący aksamitnym mango o zachodzie słońca, cierpko-mrowiąco jasnym dreszczem ananasa i słodko-gorzką soczystą cierpkością i niejasno funkowym piżmem różowego grejpfruta. W tym zapachu nie ma nic mrocznego, ale kryje się w nim luksusowy, cienisty kwiat, który w pewien sposób kojarzy mi się z czarnym aksamitem, w cudownym kontraście do tych zachęcająco żywych owoców tropikalnych. W moim umyśle jest to ponury obraz vanitas z czarnego aksamitu z pryzmatyczną obfitością miękkich owoców, które bujnie spływają z płótna.
Patchouli of the Underworld od Electimuss, dla mojego nosa, to zapach mniej kojarzący się z brutalnym bogiem podziemi i jego niekonsensualną narzeczoną, niż przywołujący gorzki ból serca, który jest zaplątany w mit Orfeusza i Eurydyki. Kiedy byłem młodszy, byłem strasznie słony w imieniu Eurydyki; wszystko, co musiałeś zrobić, to nie oglądać się za siebie, Orfeuszu! Byłeś tak blisko powrotu ukochanej żony z martwych! Ale ...nie. Zrobiłeś jedyną rzecz, której specjalnie ci zabronili. Spojrzałeś. Margaret Atwood napisała w wierszu z punktu widzenia Eurydyki: "nie mogłeś uwierzyć, że jestem czymś więcej niż tylko twoim echem" i myślę, że właśnie to Patchouli of the Underworld uchwyciła tak niesamowicie, bladoszare echo tej bardzo ludzkiej wątpliwości i niedowierzania z jego strony, a także gorzkie rozczarowanie, które musiała odczuwać, i smutek doświadczany przez nich oboje. Teraz, gdy jestem starsza, lepiej rozumiem i z pewnością mam większe doświadczenie z miażdżącą powagą żałoby, wiem, że każdy doświadcza jej inaczej. A ludzie w żałobie zasługują na dar łaski. Orfeusz dwukrotnie opłakiwał utraconą żonę, a smutek Eurydyki, która została wciągnięta z powrotem w ciemność śmierci z powodu chwilowego załamania wiary jej męża, musiał być niezmierzony. To właśnie tak dobrze oddaje ten zapach. Zapomnij o kopiach marki dotyczących piżmowej seksowności czy czegokolwiek innego. To nie to. To lament osoby, której ulotna nadzieja została skradziona przez osobę, którą kochała najbardziej, i druzgocące poczucie żalu złodzieja. Jeśli ktoś miałby destylować te echa melancholii, ten antyczny smutek i butelkować powstałą esencję, rezultatem byłaby olfaktoryczna mgiełka dymu pieprzu i pudru oraz dziwne atramentowo-skórzane niuanse, które z czasem stają się rozpaczliwym pogrzebowym mydlanym kwiatem.
Powiem szczerze, że jestem zaskoczony, że ten zapach naprawdę mi się podoba. Nie ma o nim zbyt wiele do powiedzenia. Jest to zapach skóry pianki marshmallow, coś w rodzaju unoszącej się w powietrzu wanilii, lekki magiczno-realistyczny, codzienno-fabularny, cytatowo-bajkowy zapach... z nieuchwytną nutą kwaśnej gruszki z puszki. To dziwny element, który pojawia się bardzo rzadko, ale nie mogę udawać, że go nie wyczułem.