recenzji
61 recenzji
Nigdy nie mogę zrozumieć strategii marketingowej Issey Miyake: niektóre z ich najlepszych wydania wydają się mieć bardzo ograniczoną dystrybucję i znikają bez śladu. Z drugiej strony, to wydanie wydaje się otrzymywać znaczną promocję. Może to dlatego, że mają złotego chłopca Quentina Bisch na czołowej pozycji, albo może myślą, że mają w rękach pewny, masowo przyjemny zapach.
A takim z pewnością jest. Jest czysty i minimalistyczny, ozonowy i oceaniczny, co oznacza, że na początku ma ten słony, wodorostowy zapach, zrównoważony łagodną, ściągającą nutą imbiru. Czasami wydaje się wręcz pudrowy. Osadza się na mechach dębowych i drewnie, z nutą wetiweru, towarzyszy mu charakterystyczny metaliczny posmak Bisch.
Kilka rzeczy mnie zaskoczyło w tym zapachu. Jedną z nich była jego powściągliwość, a drugą to, jak skutecznie Bisch zdołał zintegrować swój styl z DNA Miyake. Wiele zapachów Miyake ma ostry, niemal tępy, przenikliwy akord, który dominuje, zwłaszcza na początku. Ten zapach udaje się tego uniknąć, ale jednocześnie jest niewątpliwie dziełem domu. Jest dobrze skomponowany, a chociaż nie ma w nim nic szczególnie oryginalnego, pachnie naprawdę przyjemnie. Jest w tym coś bardzo surowego i przejrzystego, i łatwo można sobie wyobrazić, że jego nosiciel zajmuje jedno z tych nieprzeładowanych, przekształconych magazynów w nowojorskich loftach, które kiedyś wszyscy wydawali się desperacko naśladować.
Jest zdecydowanie mainstreamowy i nie ma tu nic, co by przesuwało granice, ale takie zapachy również mają swoje miejsce. Mogę sobie wyobrazić, że pasuje do prawie każdego rodzaju otoczenia i w większości pór roku: w tym sensie jest niemal podręcznikowym przykładem zapachu na każdą okazję. Nie jestem pewien, czy zapłaciłbym pełną cenę za to, ale mogę być skuszony, jeśli butelka stanie się dostępna na szarym rynku.
Podróż w kosmos. A może w głąb siebie. A może w obie te strony. Przesadny opis inspiracji zapachu z pewnością to sugeruje, podobnie jak promocyjny film inspirowany 2001, który towarzyszy jego premierze. Dużo mówi się o supernowych, nieskończoności i wibracjach kosmicznych ambrowych nut. Jak dotąd, wszystko brzmi bardzo tajemniczo.
Zignorujmy to wszystko: jak właściwie pachnie ten zapach? Właściwie całkiem pięknie. Wykorzystuje podstawowe składniki i łączy je w niespodziewany sposób. Otwarcie, pieprzny wybuch kadzidła? Jakoś błyszczy. Juniperowo-drzewny podton ma niespodziewaną przestronność i głębię. Brudna, mineralna baza ambrowa jest ciemna i trochę dezorientująca. Rzeczywiście przywodzi na myśl kosmos, lub ideę kosmosu, podczas gdy rzeczywistość jest znacznie mniej apetycznym zapachem spalonego mięsa, prochu strzelniczego i moczu.
Jak wszystkie perfumy Rubini, ten odkrywa swoje sekrety powoli. Noszę go dużo przez ostatnie kilka miesięcy, a za każdym razem nowy aspekt się ujawnia. Rozkwita również na świeżym powietrzu, a zwłaszcza w zimnie, co pozwala poszczególnym nutom naprawdę się ujawnić. Zarówno ambitny, jak i głęboko romantyczny, to prawdopodobnie mój ulubiony z całej linii, wyprzedzający zapach tłustych ogrodnic i benzyny Nuvolari. Jestem nim trochę oczarowany.
Na początku pudrowa róża, w ogóle nie wyczuwam wymienionych nut fiołka. Jest tu przebiegły akcent maliny, dość miękka skóra i ledwie wyczuwalny zapach spoconego kuminu. Początkowo wydaje się dość łagodny, ale co jakiś czas składniki zdają się intensyfikować w niemal agresywny sposób, zanim znów ustąpią. Z czasem dominują nuty skórzane, podczas gdy jednocześnie stają się intensywnie pudrowe. Na koniec następuje długi dry down, kiedy przez przebija się nieco zwierzęcy bursztyn.
Chociaż putain w nazwie prawie na pewno odnosi się do kobiety, wydaje mi się, że to dość uniseksowy zapach, więc równie dobrze może odnosić się do mężczyzny, a rzeczywiście, mężczyzna mógłby go nosić dość łatwo (bez podtekstów). Przyjemny, dobrze wykonany mainstreamowy zapach, nie jest wcale tak odważny, jak sugeruje jego nazwa, i bardziej przypomina nie tyle cielesność w francuskim boudoir, co osobę o wątpliwych standardach higieny, która maskuje zapach nadmiernym użyciem makijażu.
Ktoś opróżnił świeżo napełnioną pieluchę dla niemowląt i kilka kropli esencji waniliowej w twoim ogrodzie różanym. Odżywione, róże odpowiadają krótkim i intensywnym kwitnieniem, zanim wrócą do lekkiego, przezroczystego zapachu, który unosi się w bezruchu powietrza.
Po przejściu przez nieprzyjemny otwierający akord oud, to jest bardzo wyrafinowany zapach róży, który przylega blisko skóry. Najlepiej nadaje się na chłodniejsze dni, wieczorem. Będziesz musiał zainwestować w drugą hipotekę, zanim będziesz mógł kupić pełnowymiarową butelkę.
W dymnym, fetidnym ciemnym pokoju The Anvil, w przypływie rozwiązłości, czyjeś spocone skórzane jockstrapy zostały porzucone na poplamionych sosnowych podłogach. Podnosisz je i wąchasz.
Ciężki skórzany zapach zwierzęcy, z nieoczekiwaną, lekko słodką nutą, która od czasu do czasu przebija się na wierzch. Wysycha do spokojnej, połączonej kombinacji mirry i przypraw. Trwałość jest imponująca, sillage umiarkowane. To był zakup w ciemno i jest całkiem wspaniały.
Bardzo zielony, nieco mleczny zapach na początku. Przypomina mi mleczny sok, który wydobywa się z niektórych roślin, gdy łodygi są łamane. Czuję też czerwone jagody, a w mieszance jest coś prawie jak lukrecja, ukryte głęboko w kompozycji. W miarę rozwoju zielony zapach pozostaje, ale tekstura staje się lekka, a następnie pudrowa, z delikatnym akcentem pieprzu. Wciąż w jakiś sposób daje wrażenie czegoś kremowego, białego, a jednocześnie zielonego.
Miałem trudności z dokładnym zidentyfikowaniem, co to za zielony zapach, aż zobaczyłem bambus w liście nut, co ugruntowało tę bardzo szczególną pamięć zapachową, jedną z tych, które przywołują wspomnienia z zagranicy, z gajów bambusowych, w gorący, wilgotny dzień, kiedy zapach unosił się prawie gęsto w powietrzu.
Lekki i delikatny, szybko zanika, chyba że jest nadmiernie aplikowany, w takim przypadku pozostaje obecny przez rozsądny czas. Jest bardzo zen, bardzo uspokajający i dość piękny.
To był pierwszy perfum, który kupiłem wiele lat temu, w połowie lat 90. Wydawał się zarówno niewiarygodnie drogi (butelka wtedy kosztowała mniej więcej tyle, co butelka teraz), jak i całkowicie unikalny. Przypominał mi linię odzieżową Issey Miyake, która często pojawiała się w magazynach takich jak The Face, była przycięta i minimalistyczna, a jednocześnie zabawna w sposobie, w jaki eksperymentowała z formą. Noszę go codziennie przez lata.
Ostatnio, w przypływie nostalgii, kupiłem butelkę ponownie. I wciąż pachnie dobrze. Jest początkowy wybuch cytrusowego sorbetu, który w tamtym czasie myślałem, że to cytryna, ale teraz wiem, że to yuzu. Kwiatowe nuty są również bardziej oczywiste, białe kwiaty, coś, co umknęło mi przez te wszystkie lata, kiedy był moim codziennym zapachem. Gdy się ustabilizuje, yuzu wciąż tam jest, ale jest mniej dominujące, a przyprawy - szczególnie gałka muszkatołowa i drzewo sandałowe - mają szansę się ujawnić.
Wciąż wydaje się bardzo czysty i minimalistyczny i wciąż nie ma nic, co byłoby do niego podobne. Trwałość jest gorsza niż pamiętam, ale nie wydaje się, żeby oddalił się daleko od swojej pierwotnej formuły.
To trochę klasyczny zapach projektanta, który bardzo dobrze zniósł upływ czasu.
Albo: dlaczego wciąż kupuję te blinde klony z Bliskiego Wschodu?
Na początku mamy ogromny wybuch stęchłego mango i szafranu... subtelność nie jest tu w modzie. Mimo siły zapachu, udaje mu się być jednocześnie mdły i chorobliwy.
Następnie, z jednego ekstremum w drugie, przechodzi w pudrową ozonową zamsz, zmieszaną ze słodką cytrusowością, w momencie, gdy staje się mniej więcej zapachem skórnym.
Ta faza nie jest nieprzyjemna, ale brakuje jej czegoś, czegoś ostrzejszego i trudniejszego do skontrastowania lub podkreślenia dominujących nut. Jak jest, jest dość anonimowy i, co gorsza, ostatecznie dość nudny.
A żeby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego wciąż je kupuję? Ponieważ a) są tanie i b) czasami natrafiam na absolutny hit zapachowy. Masa, niestety, nie jest jednym z nich. Odpuść.
W rogu ogrodu wyciekła podziemna rura, a w centrum stałego basenu z rdzawej wody rośnie zielony i gorzki gabalnum. Ktoś stoi blisko, paląc jednego papierosa za drugim. Ma na sobie skórzane chapsy i niewiele więcej. Kiedy zauważa, że go obserwujesz, rozkłada się na pobliskiej drewnianej ławce i mruga do ciebie w sposób sugerujący „przyjdź i weź mnie”. Zauważasz, że nosi ciężki złoty medalion, który wisi na jego wyraźnie owłosionej klatce piersiowej.
Rzekomy klon Noir Anthracite od Thoma Forda, który z kolei był wyraźnym ukłonem w stronę zapachów z lat 70. w barbershopach, naprawdę zajmuje terytorium „inspirowane”, w przeciwieństwie do bycia czystym klonem. Jest bardzo zielony, krzykliwy w swoim otwarciu, ale to naprawdę ta popiołowa metaliczna nuta podnosi go na wyżyny.
Niedrogi, długo utrzymujący się i, ostatecznie, naprawdę dobry zapach. Niedoceniana perełka wśród mnóstwa przereklamowanych perfum z Bliskiego Wschodu, z których większość rzadko dorównuje poziomowi uwagi, jaką im poświęcono.
Jesteś w kościele Hawksmoor w Spitalfields, tym z surową, dominującą architekturą i źródłem czasami intrygujących, a czasami wręcz absurdalnych teorii spiskowych dotyczących okultyzmu.
Wewnątrz jest dymno, ciemno i zimno, ponieważ ktoś zgasił światła. Może to ksiądz, który wyszedł na szybkie papieroska. Jesteś ubrany w skórę, ssąc cukierek anyżowy i z jakiegoś powodu trzymasz w ręku pęk starych, pożółkłych gazet. Zapach spalonego kadzidła wniknął w kamienne ściany. W budynku nie ma nikogo innego, ale, co niepokojące, słychać ruch z krypt poniżej.
To jest dość wspaniałe. Łagodniejsze w intensywności niż niektóre inne zapachy z linii Beaufort, jest, trochę jak kościół, który je zainspirował, na początku zimne i nieprzyjazne, ale zyskuje na ciepłocie w miarę jak się rozwija, zanim znów powróci kamienna zimność. Jeden z moich ulubionych zapachów z linii Beaufort i jeden z bardzo nielicznych, które rozważałbym nosić w środowisku pracy.