recenzji
Mój zapach charakterystyczny
333 recenzje
To zapach deszczu obijającego się o chodniki, zamieniającego wczesnym wieczorem ulice w labirynt śliskiej, zastygłej zieleni. Martwe liście, gałązki i inne bezimienne szczątki kołyszą się w nurcie i zatykają rynny, a ich rozkład dodaje mdłej słodyczy do i tak już uciążliwego powietrza, zapachu rzeczy zarówno rosnących, jak i gnijących. Późna letnia ulewa, która wpełza pod skórę, pozostawiając chłód nawet w parnym upale. Kanał burzowy jest otwarty, jego paszcza wyłożona jest szlamem i mchem. Tam na dole, w dławiącej zielonej głębi, coś się zmienia. Dźwięk, nie do końca chichot, nie do końca szelest, odbija się echem od czerni, a głos, gładki jak deszcz na kamieniu, ślizga się miękko. Słodki bulgot dziecka, wypaczony i przekształcony w coś potwornego. "Wszyscy się tu unosimy", powtarza, obietnica zarówno przerażająca, jak i dziwnie pociągająca. "Czy ty też nie chciałbyś się unosić?". Nuit de Bakelite to cuchnąca obietnica wyszeptana przez potwora w ciemności, zapach strachu, który na zawsze pozostaje w gardle. Entuzjaści perfum x fani horrorów: jeśli wiesz, to wiesz. Nie ma słów na to, jak bardzo kocham ten zapach.
W końcu próbuję Frederic Malle En Passant i trochę wstyd mi przyznać, że choć zachwycam się zapachami od co najmniej 20 lat, to jest to pierwszy raz, kiedy go wącham. Wierzę, że ma to być jakiś współczesny klasyk, więc lepiej później niż wcale.
Z nutami bzu, ogórka, cedru i białego piżma, wciąż próbuję wyrazić słowami, jakie to piękne dzieło. Wszystko, co mogę powiedzieć, to że przypomina mgliste wspomnienie z dzieciństwa delikatnego, mglistego wiosennego dnia, chłodne pasma mgły unoszące się, gdy słońce przesuwa się przez chmury i ogrzewa skórę... ale to nie do końca prawda.
Jako dziecko nie znałbym języka, który byłby w stanie opisać upiorne poczucie nostalgicznej melancholii, jakie wywołuje En Passant. To bardziej jak patrzenie na źródło tego wspomnienia przez zamgloną szybę jako dorosły, teraźniejszość, która rozwija się z chwili na chwilę i staje się wspomnieniem tak szybko, jak rozwija się chwila. I świadomość, jak ulotne jest to wszystko. Smutek z powodu upływającego czasu i radość z powodu dziecka, które jeszcze tego nie czuje. To wszystko. To wszystko.
Philoskyos od Diptyque to zapach, którego nie używam zbyt często, ponieważ nie jestem do końca pewien, co o nim myśleć... i nie wiem też, jak go wymówić. Ma to być perfumowana oda do drzewa figowego w całości, drewna, liści i owoców, ale żeby być przejrzystym, nigdy nie jadłem świeżej figi, a co gorsza, czasami mylę suszone figi z suszonymi daktylami, więc już jestem zagubiony. To, czego doświadczam w tym zapachu, to mleczny sok ze złamanej gałązki i zapach wiosennej zieleni, wilgotnej od porannego deszczu. Mimo to nadal wydaje się suchy i spodziewałbym się, że będzie również świeży i lekki, ale w jakiś sposób jest dziwnie stęchły. Używam go w dni, kiedy wiem, że mam dużo do przemyślenia, aby przypomnieć sobie, że dobrze jest nie wiedzieć wszystkiego i być może nigdy nie dojść do konkluzji.
Yum Pistachio Gelato, poza tym, że jest nazwą, którą wstydzę się wpisać, jest dość żenująco prosta, jak na zamieszanie, które perfumetok zrobił wokół niej, gdy została wydana. Nie będąc aż tak zaangażowanym w dramaty społeczności perfumeryjnej, nie byłem pewien dlaczego, ale myślałem, że ma to coś wspólnego z tym, jak influencerzy mówili lub nie mówili o tym, a może niektórzy ludzie byli zirytowani tym, że nie otrzymali pudełek PR? Nie wiem, ale byłem ciekaw, czy sam zapach jest w jakikolwiek sposób warty wyciągnięcia nosa ze stawu. Nie jest. To zwykłe waniliowe piżmo z dodatkiem czegoś, co kojarzy mi się z czymś w rodzaju zjełczałego masła shea z kwaśnymi dziecięcymi rzygami, czymś miękkim i kremowym, co stało się zakrzepłe i zsiadłe. Nie jest to najgorsza rzecz, jaką kiedykolwiek wąchałem, ale jeśli nie otrzymałeś pudełka PR na ten temat, bez wątpienia przeżyłeś mękę i zacząłeś wąchać lepsze rzeczy.
Black Opium pachnie tak, jakby ktoś wycisnął słodką, piegowatą buzię Strawberry Shortcake, aż czubek jej plastikowej, uformowanej głowy odskoczył, a oni rozmazali mdły, syropowaty posoka, który kapał na całe ich ciało, a następnie tarzali się w stercie gnijącego jaśminu, który osiągnął punkt w życiu kwiatu, w którym kwiaty przestają pięknie pachnieć i natychmiast zaczynają pachnieć jak pęknięte wiadro poplamionej sikami bielizny. Tak przyozdobiona w dżem z krwi lalki i lepkie kwiaty toaletowe, osoba śmiało zapewnia, że jest seksowna jak diabli i udaje się do klubu. Och, mieć pewność siebie osoby noszącej jedne z najbardziej gównianych perfum na świecie.
Wszyscy wydają się być bardzo zainteresowani Mon Guerlain, którego nigdy nie próbowałem, więc pomyślałem, że skorzystam z wyprzedaży Sephora i wezmę butelkę wody perfumowanej. Muszę być szczery. Jest dość obrzydliwa. Jeśli potrzebujesz zapachu, aby zaimponować rówieśnikom po złożeniu przysięgi Jezusowi jako święty wałek w wieku przedszkolnym i zamierzasz spędzić czas z nimi wszystkimi na szalonej nocnej blokadzie kościoła? To byłoby to, po co byś sięgnął. Ale słuchaj, nie pukam do dobrego pachnienia dla twojego pana i zbawiciela, ale myślę, że nawet spłodzony jedyny syn Boży ma zerową tolerancję dla tego mdłego owocowo-kwiatowego zapachu Koolaidu z kosza. Gdzie są bardziej interesujące aspekty lawendy i bergamotki, za którymi ludzie szaleją? To po prostu rozwodniony CapriSun, którego nikt nawet nie doprawił. Jestem zdezorientowany. A teraz nie mam 80 dolarów. Cholera.
Poets of Berlin od Vilhelm Parfumerie to nikczemna bioluminescencyjna zmutowana borówka. Borówka poddana szkicowemu, niedofinansowanemu eksperymentowi w prototypowym telepodzie, ale w komorze znajdowała się również cząsteczka cytrynowo-aloesowo-bambusowego odświeżacza powietrza Glade, zanim została hermetycznie zamknięta, a także rozbity klejnot, który spadł z akrylowego paznokcia stażysty, niezauważony. Rozdarty atom po atomie, mały dżemowaty owoc połączył się z błyszczącymi odłamkami słodkiego blasku i żrącą, świecącą w ciemności cytrusową lilią. Nie sądzę, by David Bowie kiedykolwiek napisał piosenkę o tym potworze, ale była adaptacja filmowa z Jeffem Goldblumem.
Początkowo Coromandel jest mrowiący w nosie, aldehydowy, jasny, ostry i kwaśny, jak gorzki cytrusowy kawałek księżyca w noc, gdy zima oszczędnie ustępuje miejsca wiośnie. Jest również pełen ciekawego kamforowego drewna i dziwnych podziemnych ech, gdy pierwszy spritz osiada na skórze. Wkrótce jednak w niewytłumaczalny sposób staje się ciemną, kwiatową posypką czarnego pieprzu na kubku najjaśniejszego mlecznego kakao, gładkiego, bogatego i kremowego na języku, ale zabarwionego stęchłą goryczką. Dziwna gra między tymi pierwotnymi nutami a aksamitną dekadencją oferuje pojedynkowe wrażenia bogactwa i surowości; wyobraź sobie delektowanie się rozkosznie eleganckim napojem... na wilgotnej, zimnej podłodze omszałej wapiennej jaskini.
Powiem szczerze, że jestem zaskoczony, że ten zapach naprawdę mi się podoba. Nie ma o nim zbyt wiele do powiedzenia. Jest to zapach skóry pianki marshmallow, coś w rodzaju unoszącej się w powietrzu wanilii, lekki magiczno-realistyczny, codzienno-fabularny, cytatowo-bajkowy zapach... z nieuchwytną nutą kwaśnej gruszki z puszki. To dziwny element, który pojawia się bardzo rzadko, ale nie mogę udawać, że go nie wyczułem.
Zakurzona wanilia, pudrowa trawa sassafrass i drzewo sandałowe, miodowy likier amaretto i piżmowy jaśmin. Wspomnienia na wspomnieniach na wspomnieniach. Nosiłem ten zapach wyłącznie w połowie lat 20-tych, jest to zapach przepełniony złymi decyzjami i złośliwymi, jadowicie obraźliwymi relacjami, ale także obejmowaniem niesamowitych związków i rozpoczynaniem cudownych odkryć. Dla mnie Hypnotic Poison jest zapachem bardzo związanym z konkretną przestrzenią i czasem w moim życiu, i choć nie mogę obwiniać tego zapachu, cieszę się, że zostawiam go w przeszłości.