recenzji
Mój zapach charakterystyczny
333 recenzje
Tempo wyczarowuje atmosferę żałosnej elegancji, mrocznego lasu paczuli i ciemnej gliny, z upiornym metalicznym chłodem i ziołowym dreszczem czegoś zielonego i dziwnego, gotującego się pod spodem. Niesie ze sobą niepokojącą ciężkość, kształt uczucia, którego nie da się wyrazić; jakby trzeba było wejść z kimś do łóżka i powiedzieć mu, że nie żyje. Przypomina mi to również ten fragment z "The Haunting of Hill House" Shirley Jackson: "Żaden żywy organizm nie może długo istnieć zdrowo w warunkach absolutnej rzeczywistości; nawet skowronki i katydidy mają, według niektórych, śnić. Hill House, nie zdrowy, stał sam na wzgórzach, trzymając w sobie ciemność... i cokolwiek tam chodziło, chodziło samotnie". Jest to paczula, która przemierzała długie cienie Hill House, zagubiła się w gęstych, niewypowiedzianych tajemnicach jego osławionych korytarzy i cierpiała z powodu swojej szalonej twarzy w rosnącej ciemności. To pokręcona, nawiedzona paczula, która widziała trochę gówna, ale wszystkie krawędzie tego niepokojącego terroru zostały zatarte przez pełzający mech, osiadający kurz i miękkość czasu i pamięci, nierzeczywistości i snu
Under My Skin to wydobycie piżma z cienia; to wciągający i hipnotyczny portal, w którym czujesz, jak powoli wślizgujesz się w głębiny pozbawionego światła basenu pachnącego skórą, drzewem sandałowym i irysem i - to może być tylko skojarzenie mojego mózgu z nazwą perfum i filmem o podobnym tytule - jest to węchowa interpretacja niesamowitej minimalistycznej ścieżki smyczkowej, która nadaje strach i tajemnicę metodom obcej kusicielki, aby zwabić i schwytać swoją zdobycz w Under the Skin.
Grimoire od Anatole LeBreton charakteryzuje się cytrynowo-balsamiczną słodyczą sugerującą lecznicze słodycze i tajemniczym pyłem przywołującym kruche pergaminy i rzadkie teksty, a wszystko to otoczone ostrą mgłą gorzkiego, karmelizowanego kminku oraz rozkładających się mchów i ziół. Zapach ten przywołuje na myśl XVII-wieczny obraz olejny przesiąknięty alchemiczną wiedzą i symboliką oraz starożytnymi tradycjami łączącymi naukę, filozofię, wiarę i artystycznego ducha: "Mroczny scenariusz rozwija się, gdy samotna woskowa świeca płonie głęboko w noc. Różne soczewki i pryzmaty załamują słaby blask migoczącego płomienia, aby niejasno oświetlić prymitywne, zaciemnione laboratorium, w którym dębowy stół, zakurzone kolby niepewnie wyważone, bulgoczą niepokojącą fosforescencją, a silniki destylacji chrzęszczą i brzęczą mętnie w pobliżu. Kruche zwoje i pożółkłe manuskrypty, ozdobione kolorowymi emblematami i tajemnymi symbolami nabazgranymi pośpiesznie na marginesach, są rozrzucone chaotycznie na brudnej podłodze, aby jeszcze bardziej zilustrować tę scenę ciekawych zjawisk chemicznych i naukowego chaosu. Słaby, pończochowaty mężczyzna w śmiesznej czapce na przemian z zadumą pochyla się nad masywnymi tomami lub być może pompuje mały miech, aby zachęcić do ponurego, dymiącego ognia, podczas gdy zagubiony w analitycznej zadumie". Tak, tak właśnie pachnie Grimoire. Tak, właśnie zacytowałem fragment The Art of the Occult, książki, którą napisałem. Czy wspominanie o tym jest tandetne? Być może. Czy jest to istotne? Jak najbardziej!
Sycomore to pachnący chór chłodnych jesiennych liści, bogatej, omszałej gleby, miękkiego dymu i wilgotnej zieleni. Wszystkie najlepsze zapachy leśnej wędrówki pod koniec października z obietnicą zimy słyszaną w szepcie trzepotania migrującego wróbla. Ale! Wędrowiec na tej ścieżce jest ubrany w kosztowną elegancję, skórzaną torbę Prady, jedwabny szal Hermèsa, kultowy płaszcz w kratę Burberry. To zapach leśnego elfa, który stał się eleganckim towarzyszem; Galadriel, która opuściła las i teraz mieszka w apartamencie na Upper East Side
Słona woda i błyszcząca skóra oraz dwa skaliste kamienie ocierające się o siebie w niejasny sposób na przestrzeni tysiąca lat; na przemian mashup fanartów Aquaman x Tom of Finland interpretowany jako tytuł Chucka Tingle'a.
To prawdopodobnie mój ulubiony zapach na świecie - jest surowy i medytacyjny i przywodzi na myśl mroczną modlitwę w chłodnej, zacienionej leśnej świątyni.
Mam ciekawy moment z Bee z Ellis Brooklyn. Co oznacza, że jej nie nienawidzę. Ale zdecydowanie mi się nie podoba. To dziwne, bo zazwyczaj nie przepadam za zapachami gourmand. Chcę pachnieć jak omszała wiedźma bagienna lub bioluminescencyjna flora na obcej planecie, lub cętkowana pergaminowa poezja napisana przez zakochanego introligatora. A miód jest tak dziwną nutą, z jego aromatami zarówno atrakcyjnymi, jak i odpychającymi, tą ambrową złotą syropowatą nutą kwiatową, która ostatecznie zmienia się w ostry zapach brudnego zdziczałego kwiatu pisuaru w szczycie sierpnia. Bee nie jest super realistycznym miodem, co jest dla mnie w porządku, i tak nie chcę realizmu w moich perfumach. Bee to kwiatowo-pudrowa wanilia i drzewo sandałowe, obficie posypane odwodnionym miodem gryczanym i pyłkiem koniczyny, z warstwą ciemnego, balsamicznego, bogatego, drzewnego posmaku, który nie jest do końca rumem i w ogóle, i zajęło mi to kilka dni, ale udało mi się to rozgryźć. W sercu Bee wyczarował słodkie, pełne ciepło i niejasno owocowe nuty tytoniu z gorącej filiżanki herbaty rooibos. Nieczęsto chcę tak pachnieć, a nawet nie lubię herbaty rooibos, więc chociaż nie jest najgorszy, zdecydowanie nie jest dla mnie.
(Ta recenzja dotyczy oryginalnej formuły, flakonu zakupionego w 2015 r.) Bat to niezaprzeczalnie najdziwniejsze, najbardziej cudownie unikalne perfumy, jakie kiedykolwiek poczujesz. Otwierając się niemal przytłaczającą nutą wilgotnej, pierwotnej ziemi, zarówno roślinnej, jak i mineralnej, natychmiast wyczarowuje atramentowe jaskinie i czarne jak smoła, wilgotne wapienne jaskinie. Zapach przechodzi następnie w coś, co mogę opisać jedynie jako "nocne powietrze i aksamitną ciemność"; nie potrafię powiedzieć, jak to zrobiła, wiem tylko, że jest to esencja rozległego, umiarkowanego nieba o północy, świecącego księżyca wysoko nad głową. W tym momencie staje się czymś zupełnie innym i - całkiem możliwe - jeszcze piękniejszym. Miękkie owoce, delikatne piżmo i żywice leżą w sercu tego enigmatycznego zapachu i łączą się, tworząc zapach, który lekko krąży wokół użytkownika, aby zaskoczyć go tajemniczą słodyczą w najbardziej zaskakujących momentach. Według dr Covey, która spędziła wiele czasu na badaniach i studiowaniu nietoperzy, dzięki tej jakości zapachowi udało się całkiem dobrze zrobić to, co sobie wyobrażała
ELdO's Spice Must Flow to mniej kosmiczna przyprawa Franka Herberta, a bardziej hybryda członków angielskiej grupy popowej Posh Spice i Ginger Spice z końca lat 90-tych. To samotna, bujna róża, chłodna i pachnąca, tajemniczo kwitnąca na suchych, gorących piaskach, gdzie przetrwają tylko najbardziej kłujące, ostre i pieprzne przyprawy. Nie wydaje mi się, żeby w nutach były wymienione cytrusy, ale przy pierwszym spryskaniu wyczuwalny jest łagodny, kwaśny posmak, który daje wrażenie jasności, oraz piękna kadzidlana nuta kardamonu przy wysychaniu, która nadaje cienistą równowagę. Właściwie nazwałbym go raczej różą dla ludzi, którzy uważają, że nie lubią róż, niż bramą do Arrakis dla mieszkańców Spice World. Zaraz... o czym my mówiliśmy?
Od jakiegoś czasu chciałem wypróbować Paloma Picasso i z przyjemnością stwierdzam, że jest to to, czego się spodziewałem, ale chyba najlepsza wersja tych oczekiwań. Jest to rodzaj balsamicznego szypru - brudny kwiatowy jaśmin i ylang-ylang, obok goździków, balsamicznych przypraw i gorzkiej ziołowej kolendry i dzięgla, rozjaśniony kwaśną, musującą cytryną i aksamitnymi mchami pełzającymi po nastrojowym, sfermentowanym bursztynie i ostrym drzewnym wetiwerze. Ma retro-futurystyczny klimat, jakby został stworzony przez jakiegoś wizjonera vintage. Gdybym miał uosabiać te perfumy, porównałbym je do niesamowitego, wrażliwego wyrafinowania Seana Younga jako Rachael w oryginalnym filmie Bladerunner.