recenzji
Mój zapach charakterystyczny
333 recenzje
Les Lunatiques to uścisk dłoni nocnego powietrza: delikatnie migoczące ćmy o północy, zroszona mgiełka chmur unosząca się nad księżycem, spowite cieniem kwiaty zwinięte w sobie i śniące, święta lśniąca poezja kosmicznego światła docierająca do nas z dawno umarłych gwiazd i słodkie szemrzące wydechy drzemiącego gaju drzewek.
Glass Blooms od Regime des Fleurs jest absolutnie wykwintny i chciałbym móc wymyślić słowa, aby powiedzieć ci, jak bardzo jest wykwintny, ale zamiast tego mogę ci tylko powiedzieć, że wyczarowuje esencję najpiękniejszej kobiety na świecie, a przynajmniej tak mi się wydawało, w 1982 roku, kiedy miałem 6 lat. A poza tym nie była kobietą, nie była nawet człowiekiem, była plastikową lalką wyprodukowaną przez markę Kenner. Glamour Gal. Nazywała się Shara. Można poczuć zapach perłowego piżma, mlecznej ambrette i koniaku we wspomnieniu jej lśniących, opalizujących włosów i jej eleganckiej, błyszczącej sukni, wizji oszronionego światła gwiazd, chłodnej, powściągliwej konwalii i bladej piwonii, delikatnej i pokrytej rosą w wiosenny poranek, kiedy chłód jest wciąż jasny i twardy w powietrzu. Kiedy nosiłam Glass Blooms tego wieczoru, czułam się tak elegancko i czarująco, jak musiałam się czuć, będąc Glamour Gal, taką jak Shara. Chociaż firma Kenner nie istnieje już od 2000 roku, na eBay'u mogę znaleźć opakowanie po perfumach za 24,99 zł... co jest lepszą ofertą niż butelka Glass Blooms za 225 dolarów. Jeśli jednak mam być szczery, myślę, że potrzebuję ich obu
Tubéreuses Castane to taki piękny, bajeczny koktajl... słodki Riesling musujący kwiatem czarnego bzu z piżmowym, karmelizowanym kawałkiem bursztynu unoszącym się w winie, wraz z bujną porcją bogatego puree z kasztanów i obfitą szczyptą pikantnego likieru imbirowego. Jest mocny, hipnotyzujący i trochę dziwny, ale nie jest zbyt mózgowy ani cenny i, o rany, to cholerna glamazonka
Notre Dame Notte di Natale jest tym, co dzieje się, gdy zły, wiedźmowaty duch jadowitego anyżu, miodowych śliwek i oskubanych o północy kwiatów z Poison Christiana Diora wdziera swoją mroczną esencję w ciało piernikowego ludzika, owijając się skórką ciemnych przypraw, czarnej melasy i bezbożnego cukru. Pachnące posiadanie przyprawionego potępienia.
Gdyby obraz Heinricha Lossowa "Grzech" miał współczesne perfumy, ale zwrot akcji - zakonnica robi pranie, a zamiast ogrodowego napalonego księdza odwiedza ją biblijny anioł, wszystkie płonące oczy, skrzydła brzytwy i boska perwersja. Daje ekstatycznym skandalizującym zakonnicom Clovisa Trouille'a świeżą pościel i błogosławieństwo. Zdziwaczałe zakonnice, szyprowe piżmo do prania, które w jakiś sposób ma doskonały sens. Święte i bluźniercze, wybielone i rozpustne.
Przez małe dwuspadowe okienko na poddaszu domku dla lalek rozwija się tajemnicza scena: miniaturowy koronkowy szal leży udrapowany na kufrze, jego delikatne szwy są przykurzone czymś, co może być okruchami petit four, może być piankami z płatków śniadaniowych - słodyczami wielkości bajki rozrzuconymi przez zapomnianą dziecięcą rękę. Obok, perłowe kulki na mole, jak dziwne krople cukru, spoczywają wśród pajęczej pościeli, która wydycha ich mleczno-pudrową konsystencję. Z malutkiego kryształowego flakonu perfum w rogu, fantomowe kwiaty i delikatna wanilia mieszają się z drobinkami kurzu w popołudniowym słońcu, cały maleńki świat utrzymany w idealnym, ponadczasowym zawieszeniu.
Black Phoenix Alchemy Lab's Snake Oil to bujne, melasowe, piżmowe, głęboko słodzone kadzidło waniliowe, zmieszane z ciemnymi przyprawami bardziej świętymi niż kulinarnymi. Jest to zapach, który daje poczucie niebezpieczeństwa i mocy, a nie dla osób o słabym sercu - ale raczej dla serca - trzykrotnie nakłutego pod pełnią księżyca tuż przed wzięciem dużego, kapiącego kęsa, aby zapieczętować zaklęcie w ciele, krwi i śmierci. Jesteś niebezpieczną, potężną istotą w tym scenariuszu i musisz się zaangażować, jeśli zamierzasz nosić tę cudownie potężną rzecz.
Wyobraź sobie mały piknik ze swoim ukochanym pluszowym króliczkiem, tym starym i zniszczonym, z brakującym okiem, rozplątującymi się szwami i łatą na brzuszku, przez którą zaczęło przeciekać wypełnienie, tym, którego kochasz tak bardzo i od tak dawna, że nie masz wątpliwości, że to najprawdziwszy królik. I wyobraź sobie najbardziej realistyczne ciasto błotne, jakie kiedykolwiek zrobiłeś, tak prawdziwe w rzeczywistości, że kiedy wziąłeś kruchy kęs, smakowało trochę jak lekko przyprawiony bochenek herbaty, delikatnie słodzony, z miękkim, delikatnym miękiszem - może sezonowy chleb jabłkowy lub cukiniowy, ale bez rzeczywistych owoców lub roślinności. Prawdę mówiąc, w tym zapachu w ogóle nie ma zieleni, nawet koniczyna i siano są bardziej miodową słodyczą niż trawiastą lub botaniczną, i myślę, że zieloność, poczucie zielonych rosnących rzeczy, jest tym, czego mi brakuje. Ten zapach jest mniej Piotrusiem Królikiem, a bardziej Aksamitnym Królikiem, aż do dobrze zużytego, przytulnego, rozmytego, przytulnego piżma - i jako kwestia tutaj jest ulotna tam i zniknęła ciekawa nuta, która wydaje się dążyć do mlecznej i kremowej, ale krótko skręca w kwaśną i złą nutę, prawie jak nuta dziecięcej plwociny. Jak ukochany pluszowy króliczek, który w dzieciństwie służył jako wierne repozytorium różnych dolegliwości i nigdy nie został w pełni zdezynfekowany. Pomimo jego osobliwości i tego, czego mu brakuje, naprawdę czuje się jak list miłosny do czegoś słodkiego i cenionego, i tak daleko w czasie, że nigdy nie można go ponownie dosięgnąć - i myślę, że ostatecznie to właśnie czyni go tak sugestywnym - to wspomnienie, jak czułeś się w tym ogrodzie i przyjaźń z miękkim, słodkim towarzyszem, przefiltrowana przez soczewkę dziecięcego zachwytu i miłości tak zaciekłej, że wykracza poza rzeczywistość.
Ten zapach to ćwiczenie z powściągliwości. Jest to olfaktoryczny odpowiednik cichych szeptów, zanikających ech i bladych cieni dodatkowo wyciszonych przez słabe światło słoneczne. Szampan jest rozgrzanym, nieruchomym echem w kieliszku, musowanie już dawno minęło. Delikatne napięcie kipi między ociekającą słodyczą brzoskwini i intymnym, pudrowym piżmem ambrette, a wszystko to na dyskretnym tle chłodnych, nieuchwytnych nut kwiatowych i delikatnej, drzewnej wilgotności mchu dębowego. Maggie the Cat wcale nie jest przeszywającym wrzaskiem, którego się spodziewałem, ale zamiast tego oferuje introspektywny, dyskretny moment
Chociaż uwielbiam zapach mocno zalesionego zaplecza lub złowieszczego wiecznie zielonego lasu Mirkwood o północy - w zasadzie, syropowaty żywiczny iglasty balsamiczny smutek zapachu (pomyśl o Norne ze Slumberhouse lub Dasein Winter Nights) to... nie jest to. Lub, cóż, jest to coś w rodzaju tego, ale usuń wszystkie te skojarzenia z ciemnością, cieniami i makabrą. Zamiast Łowcy ścigającego przerażoną Królewnę Śnieżkę w mrocznym lesie, jest to zadowolenie Królewny Śnieżki na zalanej słońcem leśnej polanie, otoczonej leśnymi stworzeniami, miękkim drżącym faunem na kolanach i małym niebieskim ptakiem siedzącym na jej palcu. To zapach zwietrzałych gałęzi i liści trzepoczących na wietrze, lepkich soków i wilgotnego pełzającego mchu, słaba słodycz polnych kwiatów miażdżonych pod stopami, różowo-złote piżmo promienia słońca na skórze; to wszystko, ale nie jest przesadnie sentymentalne ani twee. To czysta, mglista letnia aureola zimowego nawiedzonego lasu wyłaniającego się z głębokiej klątwy snu.