recenzji
Mój zapach charakterystyczny
333 recenzje
Jeśli jeszcze go nie próbowałeś, jest dokładnie tym, czym myślisz, że jest. Jest to ultra słodka, bolesna dla zębów miazga musującego cukru. Marshmallow i malutki skręt z cytryny z ledwo wyczuwalną lukrecją. Jest nędzny. Jest boski. W niewytłumaczalny sposób go uwielbiam. Kupuję wersję "perfum do włosów", aby móc spryskać się maniakalnym pyłem pixie. Po wyschnięciu jest słodko waniliowy i drzewny, jak może kora mitycznego drzewa waty cukrowej w lesie cukierków. Znam mnóstwo ludzi, którzy nienawidzą tego zapachu. No cóż. Więcej dla mnie!
Dior Addict to powiewająca chmura miodowego bursztynu i wanilii, jaśminu i kwiatu pomarańczy z kremową koronką z bobu tonka i szyfonowego drzewa sandałowego. To femme fatale w stylu barokowej gotyckiej lolity.
Fille en Aiguilles od Serge Lutens przypomina mi bogaty, przyprawiony kompot owocowy, który słodko gotuje się na kuchence w pokrytym śniegiem domku w najdłuższą i najciemniejszą noc w roku. Słońce właśnie zaszło, a drzwi z hukiem się otwierają; podmuch lodowatego wiatru niesie ze sobą krótki zapach sosnowych igieł; goście tupią nogami i dmuchają w dłonie, wszyscy mają czerwone nosy i zziębnięte uszy i gromadzą się blisko paleniska, gdzie ciepły blask oświetla ich twarze. Słodka, pikantna mikstura na piecu wyparowała, więc nie ma już syropowatego zapachu, ale zamiast tego lekko dymne pozostałości, sama esencja owocu. Dla mnie Fille En Aiguilles pachnie przyprawionym kompotem owocowym, kadzidłem perfumującym bliskie sąsiedztwo i rozgrzewającym ciała, a także światłem i wspomnieniami zimnej nocy i ukochanych przyjaciół, którzy ogrzewają twoje serce.
Kiedy miałam 18 lat, spotykałam się z chłopakiem, który mieszkał obok mnie, ale od tego czasu ukończył szkołę średnią i przeniósł się do Indiany, by studiować w Notre Dame. Spędziliśmy razem tydzień podczas letniej przerwy, w czasie której przyleciał na południe, by zostać ze mną i moją rodziną. Na początku tej wizyty oświadczył mi się pewnej nocy na plaży, a ja się zgodziłam... choć coś mi mówiło, że to skazane na porażkę przedsięwzięcie. Wiedziałam, że to nie potrwa długo, ale i tak się zgodziłam; przypuszczam, że podobała mi się myśl, że w odległej przyszłości czeka mnie coś interesującego. Pewnego późnego popołudnia, kilka dni później, wybraliśmy się na przejażdżkę; słońce wisiało nisko na horyzoncie, okna były opuszczone, a na wietrze, który potargał nasze włosy, unosił się piżmowy, słodki zapach kwiatów pomarańczy, ponieważ właśnie przejechaliśmy obok ogromnego gaju pomarańczowego. Jo Malone Orange Blossom pachnie jak to letnie popołudnie, słodkie kwiaty, umierające słońce i melancholia łez, które jeszcze nie zostały wylane z powodów, których nie jesteś do końca pewien.
Słodko-gorzkie mchy, zielony dym drzewny i złowieszcze lasy. Na pierwszy rzut oka jest to zapach nieco drażniący dla nosa, jakby punkowo-poetycka zielona wróżka opuściła artystyczny Paryż, by zamieszkać wśród starożytnych driad i nie dogadywały się dobrze, ale ostatecznie nawiązały niełatwą przyjaźń i stworzyły razem miękkie, surrealistyczne, nieco wywrotowe wspomnienia.
Génération Godard od Toskovat to zapach lepkiej wody sodowej rozlanej na starych poduszkach foteli, mrowiący w ustach kwaśno-cukrowy smak cytrusowych cukierków i świszczący oddech tłustej maszyny do popcornu. Grupa zranionych, lekkomyślnych dziwaków pracujących na zmiany w ponurym blasku historycznego kina, ich sekrety i dziwne pokrewieństwo to nielegalne piżmo i skórzany klej, który trzyma razem rozpadający się sen tego rozpadającego się zabytku; nastrojowe różane perfumy nasączone aksamitną podszewką zjedzonego przez mole futra skradzionego ze stęchłej szafy zgubionych i znalezionych, ostatnie westchnienie przed zniszczeniem budynku.
Po powąchaniu Flos Mortiis z Rogue Perfumery mam wrażenie, że dla zwykłych użytkowników perfum będzie to jeden z dwóch sposobów. "Starsza pani" lub "headshop". Chociaż nie uważam, że mój entuzjazm dla zapachów jest przypadkowy w jakimkolwiek znaczeniu tego słowa, z pewnością nie chcę sugerować, że jestem lepszy lub mądrzejszy od któregokolwiek z nich - zdecydowanie istnieją aspekty zarówno pewnego rodzaju biżuterii vintage, jak i tego wszechobecnego elementu kadzidła champaca na bazarze bohemy. Ale wszystko to jest owinięte w cienie wiersza Edgara Allana, miodowa słodycz romantycznego sentymentu spleciona z kruszącym się gorzkim mauzoleum skrzypiącym wiekiem trumny, zaokrąglonym karmazynowym pocałunkiem czerwonej porzeczki owocującej obrzydliwie w brudzie świeżo obróconego grobu. Więc może to sok starej damy, ale zdecydowanie jest to wielka dama na starożytnym portrecie nad kominkiem, na którym siedzi kruk z żywicznymi piórami, którego zmatowiałe oblicze podąża za tobą w każdym zakątku przeciągającego się salonu, którego kości skrzypią pod deskami podłogowymi, na których stoisz, a którego fantomowa dłoń spoczywa teraz lekko na twoim ramieniu.
Montblanc Signature jest o tyle dziwny, że tak naprawdę wcale nie jest dziwny (jest dość prosty w kompozycji i wykonaniu, prawda?), ale sprawia, że czuję dziwne, pokręcone rzeczy. Jeśli to ma sens. To rodzaj echowego, pustego, świeżego, drzewno-kwiatowego melanżu, który pachnie tak, jakbyś używał czyjegoś szamponu, perłowej piany białego piżma droższej niż myślisz. Śpisz pod chrupiącą białą pościelą nieznajomego, chłodną na skórze, z utrzymującym się zapachem płatków magnolii i grubych kwiatów piwonii, ich miodową słodyczą przylegającą do tkaniny.
Być może znajomy znajomego ma mieszkanie do wynajęcia, podczas gdy on jest influencerem we Francji, więc korzystasz z ich drogo umeblowanego, minimalistycznie eleganckiego zakwaterowania na kilka miesięcy w szczególnie modnej części miasta. Spędzasz dużo czasu samotnie w mieszkaniu, przymierzając jej jedwabne bluzki i kaszmirowe swetry, przeglądając jej wyselekcjonowany wybór książek vintage Vogue i książek o fotografii artystycznej i próbując zrozumieć, kim jest. Śledzisz również jej media społecznościowe i niczym sroka zbierająca błyszczące skrawki, zbierasz jej zwroty i maniery, upiększając swoje własne odbicie zapożyczonym upierzeniem. Zaczynasz zamawiać dostawy Door Dash pod jej nazwiskiem, wszystkie kulinarne przysmaki, które artystycznie Instagramowała podczas swoich podróży, makaron z sosem i setki małych, gorzkich filiżanek kawy. Wyobrażasz ją sobie obok siebie, śmiech odbijający się echem w sterylnej ciszy, fantomową kończynę, której pragniesz dotknąć.
Granica między naśladownictwem a metamorfozą zaciera się. Rozwija się kremowa magnolia, wyblakłe zdjęcie intymności, które nigdy nie były dzielone. Świetliste piżmo, czyste i lekko pudrowe, staje się całunem, zapożyczoną tożsamością, która jednocześnie dusi i odurza. Ten zapach nie tylko pachnie jak noszenie cudzych perfum; pachnie jak niepokojąca alchemia stawania się kimś innym. I w tej pożyczonej skórze, w tym skradzionym życiu, pozostaje pytanie: jak daleko się posuniesz, aby stać się kimś więcej niż tylko jej cieniem?
Na wstępie zaznaczę, że nie przepadam za oryginalnym Shalimarem (a przynajmniej za Shalimarem, którego wąchałem, a o którym wiem, że oryginałem-oryginałem nie jest). Wolałbym więc myśleć o Millésime Iris jako o własnym zapachu. Przy pierwszym powąchaniu jest to prawdziwie bombastyczny spektakl waniliowej peruki z pudrem w stylu Marii Antoniny Sofii Coppoli, ale jest w nim też coś tandetnego i tandetnego, jakby to wszystko było "Niech jedzą ciastko" zuchwałe bogactwo sfilmowane przez mafijną żonę w panterkę zamszową torebkę Instagram filtr reality show, gęsty od sfabrykowanego dramatu i desperackiego pragnienia. To rodzaj lepkiego, pozłacanego Wersalu, który spotyka się z pożarem śmietnika w Jersey Shore. I wierzcie lub nie, początkowo, kiedy go testowałem... nie nienawidziłem go. Późnym wieczorem poczułem dymno-drzewno-waniliowo-kwiatowe mistrzostwo luksusu i piękna unoszące się z mankietu mojego swetra i prawie zemdlałem. BOŻE, CO JEST TAK TOKSYCZNE, pomyślałam. Niespodzianka! To był ten tabloidowy hashtag o wanilii z wcześniejszego dnia! Millésime Iris, zawierasz w sobie wiele, a ja jestem tu dla nich wszystkich.
Eauso Vert Fruto Oscuro: W podziemiach starożytnej hiszpańskiej misji znajduje się zapomniana piwnica z winem, w której powietrze jest gęste od stuleci fermentacji. Masywne beczki zakopały się w podłodze piwnicy, a ich drewniane klepki poczerniały z czasem. Tutaj kalifornijskie rodzynki - te klajstrowate stworzenia znane z lat 80-tych - odnalazły swoje prawdziwe powołanie jako bachanaliowi kapłani sabatu o północy.
Tańczą w ciemności, a ich pomarszczone ciała lśnią od komunijnego wina, które uległo rozkosznemu zepsuciu. Sam sakrament ewoluował, rozwinął świadomość, nauczył się wypełzać ze swoich beczek nocą. Nosi w sobie pamięć o owocach, które dojrzały poza punktem cnoty, owocach, które wybrały rozkład jako formę transcendencji.
Czarne wiśnie grasują, bujne, krnąbrne stworzenia nocy, pozostawiając po sobie ślady wosku i atramentu, podczas gdy plamy mchu rosną w niemożliwych odcieniach fioletu. Gdzieś w ciemności, drzewo pigwy zakorzeniło się w kamieniu, jego owoce fermentują na gałęzi, ociekając dżemem, który smakuje jak spowiedź złych duchów o północy.
To owoce, które odrzuciły słońce, każda kropla to maleńka czarna masa, nieświęte święto owoców, które w ciemności zdziczały.
TLDR; owoc jako stworzenie nocy; gotyckie rodzynki kalifornijskie; czarna masa bezbożnych wiśni